Historia gdańskiego sportu zawiera w sobie mnóstwo jeszcze nie rozpoznanych epizodów. Jednym z takich jest wizyta zawodowego mistrza świata w zapasach z 1935 r., Aleksandra Garkowienki. To jeden z dwóch najwybitniejszych polskich zapaśników dwudziestolecia międzywojennego. Do historii przeszły jego pojedynki z innym siłaczem, Teodorem Sztekkerem. Obaj panowie byli zresztą bardzo zaprzyjaźnieni, stąd pojawiały się czasem podejrzenia, że ich walki są ustawiane. Walczyli bowiem dla pieniędzy, żyli z tego.
O Garkowience wiadomo niewiele. Pochodził z Rosji, skąd uciekł przed rewolucją. Potężnej postury budził powszechną ciekawość. Tak musiało być i w Gdańsku, gdzie w 1934 r. wygrał turniej zapaśniczy.
W notatce prasowej przedstawiany jest jako mistrz świata. W dostępnych mi publikacjach znalazłem informacje o jednym tylko tytule - ale w roku następnym - 1935. Ile razy zdobywał tytuł, jakie jeszcze miał osiągnięcia?
Wiemy jak umarł, a właściwie, jak zginął:
Albo osiemnastego, albo dziewiętnastego – w połowie września – trzy sztukasy niemieckie tak zbombardowały ulicę Wspólną, że prawie żadnego całego domu nie było. To wszystko potem zobaczyłem, tego nie widziałem na własne oczy, bo to były dalsze odcinki Wspólnej, za Marszałkowską, w kierunku placu Trzech Krzyży. Ale na zdjęciach to było.
Jeszcze w tym samym okresie byłem u wujostwa Błeszyńskich na ulicy Koszykowej 43. Tam był mój brat, w moim wieku, Rysio Błeszyński, już nieżyjący. Poszliśmy tam z Darusiem Ptaszyńskim, który też nie żyje. Staliśmy w bramie tego domu i był z nami słynny atleta, zapaśnik w stylu wolnym Aleksander Garkowienko, który w 1935 roku wywalczył mistrzostwo świata w barwach polskich, choć sam był z pochodzenia Ukraińcem. Jemu się powodziło lepiej niż nam, dlatego że Ukraińcy u Niemców mieli dobrze. Mieli kartki do niemieckich sklepów specjalnych Meinla i tak dalej. Ale on był zaprzyjaźniony z moim wujostwem i co mógł, to im z tej żywności dawał. Stoimy i rozmawiamy. On był bardzo pogodny, wesoły, jak małe dzieciaki były, to ich zabawiał, na rękach chodził, cuda robił. Doskonale wysportowany choć miał 135 kilo żywej wagi. W pewnym momencie w tej bramie robi się ciemno, a to było przecież słoneczne popołudnie wrześniowe. Głuchnę, nie wiem, co się ze mną dzieje. Po bliżej nieokreślonej chwili odzyskuję przytomność. Pył ceglano-wapienny wypełnia tą bramę. Mówię: „Daruś!”. Daruś się podnosi i przewraca, ma nogę urwaną pod kolanem. O dziwo krew, mimo że są tętnice, schodzi gęstymi skrzepami. Nadzwyczajna samoobrona organizmu, coś niesamowitego. Ale wszyscy jesteśmy czymś mokrym, lepkim oblepieni. Garkowienko rozerwany na strzępy. Byłem świadkiem śmierci Aleksandra Garkowienko. Wydarzenie, o którym się po prostu nie zapomina.
To relacja z Powstania Warszawskiego Tadeusza Andrzeja Goldmanna, ps. Dudek, zamieszczona na stronie http://ahm.1944.pl
I jeszcze zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego
To tylko szczątki informacji o znanym niegdyś sportowcu, który wpisał się także w historię gdańskiego sportu. jakże niewiele o nim wiemy, a cóż dopiero powiedzieć o zapaśnikach, z którymi walczył na turniej w Gdańsku?
Blog towarzyszył powstawaniu książki o historii K.S. "Gedania" i towarzyszy jej już po wydaniu. Interesuje mnie nie tylko historia klubu, ale przede wszystkim ludzi, którzy go tworzyli oraz historia sportu w ogóle, a w Gdańsku w szczególności. Nieustająco zachęcam do czytania i kontaktu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 października 2014
sobota, 2 sierpnia 2014
Chłopcy z patefonem czyli opowieść powstańcza
"Siedzieliśmy w dużym pięknym domu Pani M. przy ul. Marszałkowskiej. Czekaliśmy na to, co miało się wydarzyć. Od dłuższego czasu czuło się w Warszawie stan napięcia, coś miało się stać. Starsi rozmawiali o tym z troską, młodzi byli podekscytowani. Powstanie. Wreszcie odegramy się Niemcom, wreszcie z na równych prawach, twarzą w twarz, nie uciekając i nie kryjąc się! Gdzieś w głowie kołatało mi się wtedy, że broni mamy tak strasznie mało. Dziwne, że nie myślałam o o śmierci, że możemy się już nigdy nie spotykać. Czekaliśmy. Kiedy przyszedł rozkaz - godzina "W" - chłopcy podskoczyli z radości. Włączyli patefon i zaczęli tańczyć. Mieli wychodzić po kolei i z każdym musiałam zatańczyć. Tak byli radośni. Ja trochę mniej, bo z jednej strony te, wspomniane wcześniej myśli, a z drugiej oni szli walczyć, a ja byłam odpowiedzialna za uporządkowanie lokalu i likwidacja śladów zebrania. Musiałam więc zostać. Widziałam, jak śpiewająco wychodzili, jakby nie na wojnę. Byli po cywilnemu, ale przecież wszyscy rozpoznawali chłopców z konspiracji. Ostatni wyszedł Tadeusz, mój narzeczony. Widziałam go wtedy po raz ostatni".
Taką oto opowieść usłyszałem w przeddzień 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego z ust Budzimiry Wojtalewicz, Gedanistki, która była w Powstaniu. Dołączam ją do wielu opowieści, jakie pojawiły się wczoraj w przestrzeni internetu. Piękne to opowieści, wzruszająca rocznica z wieloma pięknymi świadectwami danymi przez sportowców.
Taką oto opowieść usłyszałem w przeddzień 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego z ust Budzimiry Wojtalewicz, Gedanistki, która była w Powstaniu. Dołączam ją do wielu opowieści, jakie pojawiły się wczoraj w przestrzeni internetu. Piękne to opowieści, wzruszająca rocznica z wieloma pięknymi świadectwami danymi przez sportowców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


