Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 listopada 2014

Dwa wycinki

Dziś dwa wycinki z "Gazety Gdańskiej" z 1936 i 1937 r. Pierwszy mocno mnie zadziwił i zniesmaczył, ale uznałem, że warto go upublicznić jako swoisty aneks do wpisu o Leo Sauerze. Antysemityzm był i jest straszną chorobą, niezależnie od narodowości.


Drugi zawiera ciekawy, kryminalny wątek związany z historią  "Bałtyku" Gdynia.  Mały epizdod, jako aneks do jubileuszowej monografii Stanisława Głowackiego i Sławomira Orlikowskiego "Bałtyk Gdynia. Historia, wspomnienia, fakty" (Gdańsk 2006)


To oczywiście tylko poboczne okruszki znalezione przy okazji kwerendy prasowej. Te najistotniejsze, dotyczące "Gedanii" na razie trzymam dla siebie, bowiem do końca nie wiem, co znajdzie się w książce. Nie chcę po prostu dublować materiałów. Wkrótce jednak możecie spodziewać się większej ilości materiału dotyczącej gdańskiego klubu, a przede wszystkim relacji z procesu powstawania książki. Okoliczności są bowiem bardzo ciekawe i godne uwiecznienia. Spotkania, rozmowy, kontakty w publikacji się nie znajdą, bowiem nie będzie to książka reporterska. Uwiecznię je zatem w tym miejscu.

wtorek, 7 października 2014

Kwiaty i śpiewy na gdańskim dworcu

Pisałem już w tym miejscu o pobycie Stanisławy Walasiewicz na polskim stadionie we Wrzeszczu. Dziś o akcji, która z perspektywy czasu wydaje się zahaczać o śmieszność. A jednak …
Jak też już pisałem, władze “Gedanii” bardzo dbały o każdy kontakt ze sportem polskim, z polskimi sportowcami i czyniły wiele starań, aby sprowadzać do Gdańska ludzi i drużyny. Można było wiele się nauczyć, ale chodziło zarówno o manifestację polskości, jak i motywację dla zawodników, którzy występując w biało-amarantowych barwach nie mieli łatwego życia w Wolnym Mieście Gdańsku. Mieście zamieszkałym w większości przez Niemców.
W dniu 14 października 1932 r. na pokładzie m/s “Pułaski” przybyła do Gdyni Stanisława Walasiewicz (1911-1980).



To bodaj najwybitniejsza lekkoatletka w historii naszego sportu, nawiasem mówiąc ciągle czekająca na swoją krytyczną biografię. Oto lista jej osiągnięć umieszczona na stronie PKOl:
Była: 14-krotną rekordzistką świata (50 , 60, 80, 100, 200, 220 y, 1000 m), 7-krotną reprezentantką Polski w meczach międzypaństwowych (1929-1946 (33 starty, 22 zwycięstwa indywidualne), 46-krotną rekordzistką Polski (na dystansach od 50-1000 m, w biegach sztafetowych oraz  w skoku w dal, biegu 80 m pł i 5-boju) oraz  24-krotną mistrzynią Polski, m.. in. w biegu na 60 m (1934, 1935, 1938, 1946), 100 m (1934, 1935, 1938, 1946) i 200 m (1934, 1935, 1938, 1946). Rekordy życiowe: 60 m – 7.3 (24 września 1933 Lwów), 100 m – 11,6 (10 czerwca 1936 Cleveland), 200 m – 23.6 (4 sierpnia 1935 Warszawa), 400 m – 57,6 (18 sierpnia 1935 Budapeszt), 800 m – 2.18,3 (23 maja 1931 Cleveland), 80 m pł – 12,2 (15 września 1946 Brno), wzwyż – 1.49 (18 czerwca 1938 Cleveland), w dal – 6.125 (18 czerwca 1939 Cleveland), dysk – 38.99 (4 sierpnia 1930 Cornwall), oszczep – 38.94 (25 września 1938 Grudziądz), 3-bój – 190 (11 października 1933 Warszawa), 5-bój „N” – 369 (25 września 1938 Grudziądz).

Była dwukrotną olimpijką – oto jej wyniki (z tego samego źródła):
1932 Los Angeles: 100 m – 1 m. w przedb. (4 zaw.) z  wynikiem 11.9, 1 m. w półfin. (6 zaw.) z wynikiem 11.9 i 1 m. w finale (6 zaw.) z wynikiem 11.9, zdobywając złoty medal; rzut dyskiem – 6 m. na 9 start. zawodniczek z wynikiem 33.60 (zw. reprezentantka USA L. Copeland – 40.48).
1936 Berlin: 100 m – 1 m. w przedb. (5 zaw.) z wynikiem 12.5, 2 m. w półfin. (6 zaw.) z wynikiem 12.0, 2 m. w finale (6 zaw.) z wynikiem 11.7, zdobywając srebrny medal.

Jej życie to ciągła konieczność dokonywania wyborów i to bardzo zasadniczych. Walasiewicz zakwalifikowała się do olimpijskiej reprezentacji USA już na igrzyska w Amsterdamie w 1928 r. Była jednak za młoda na otrzymanie obywatelstwa. Cztery lata później nie było już z tym problemów i Amerykanie chcieli ściągnąć młodą Polkę do swojej kadry. Ta jednak podjęła bodaj najważniejszą decyzję w życiu – chciała reprezentować kraj urodzenia. Powiedziała wtedy:

„Zawsze czułam się Polką, gorąco pragnęłam, aby dla mnie i moich rodaków, którzy wyemigrowali do Ameryki, zagrano w Los Angeles Mazurka Dąbrowskiego i wciągnięto na maszt flagę polską. Dla nas, dla Polonii amerykańskiej, była to sprawa honoru i wynagrodzenia za wiele trudnych chwil, jakie niejednokrotnie przeżywaliśmy na obczyźnie”

Buty Stanisławy Walasiewicz - zbiory Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie


I była w tym konsekwentna aż do tragicznej śmierci. Jako zawodniczka zapisała wspaniałą kartę w dziejach polskiego sportu – dwa medale olimpijskie w jednej z najbardziej prestiżowych konkurencji lekkoatletycznych, setki medali i rekordów w biegach na różnych dystansach, biegach przez płotki, skoku w dal i wzwyż, rzucie dyskiem i oszczepem, pięcioboju. Na początku lat trzydziestych była bez wątpienia najlepszym sportowcem Polski – kroku dotrzymywał jej tylko Janusz Kusociński. Jej postać inspirowała wielu młodych sportowców, dla których była wzorem, nauczycielką. Choć to słowo mocno dziś niepopularne – była patriotką. Zginęła zastrzelona na parkingu centrum handlowego w Cleveland, gdzie wybrała się podobno aby zrobić zakupy na godne powitanie polskiej reprezentacji koszykarek, która przebywała wtedy w USA. Wykonana wtedy sekcja zwłok i jej wyniki miały tragiczne skutki dla pamięci o „Stasi”, jak mawiały o niej przyjaciółki. Od tej pory pisze się jedynie o jej żeńskich i męskich narządach płciowych, niektórzy stawiają pod znakiem zapytania jej wyniki, a tak w ogóle, to lepiej o niej nie wspominać, bo temat „śliski”. Pomnikową postać, nie tylko w wymiarze sportowym, która może być wzorem dla wielu młodych sportowców i Polaków, zamknęliśmy w szafie niepamięci! Ale to na marginesie - wróćmy do 1932 r.

“Najszybsza kobieta świata” przyjechała do Polski, aby podjąć studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. W Gdyni zorganizowano wspaniałe powitanie, z udziałem przedstawicieli polskich władz. O godz. 17.00 odbyła się herbatka w eleganckiej restauracji braci Seydel, na ul. Świętojańskiej 72. Sprawozdawcy prasowi podkreślali skromność sportsmenki, która z dużym zakłopotaniem przyjmowała składane jej hołdy. Powiedziała tylko; “Będę starała się wszelkiemi siłami i będę pracować, aby imię Polski w dziedzinie sportu nadal rozsławiać pomiędzy narodami świata”. O godz. 22 odjechała pociągiem pospiesznym do Warszawy. Ale to jeszcze nie koniec.



Około godziny 23.00 pociąg wjechał na dworzec w Gdańsku. Tam czekała już delegacja “Gedanii” z prezesem Stankowskim i kierowniczką Wydziału Pań, Martą Flisikowską. Walasiewiczówna wysiadła z wagonu i na peronie otrzymała bukiet z biało-czerwonych róż oraz odznakę klubową. Wzruszona przyrzekła, że wróci do Gdańska i wystartuje to w zawodach. Entuzjazm był tak duży, że zebrane “Gedanistki”, mimo późnej pory, wznosiły okrzyki na cześć sławnej rodaczki.
Można by rzec epizod mały, jakich wiele. Jakże jednak wiele mówiący o tamtych czasach, o głodzie kontaktu z Polską, Polakami i idolami. Bo dla dziewcząt z “Gedanii”, co potwierdziła Pani Budzimira Wojtalewicz, możliwość spotkania ze Stellą, to było coś. Idolka dotrzymała obietnicy i wróciła do Gdańska, aby w pokazowych zawodach zaprezentować swoje umiejętności i spotkać się m.in. z tymi, które w październikowy wieczór witały ją na gdańskim peronie.

czwartek, 12 czerwca 2014

Chychła znany

Oto jeden z zapowiadanych, opublikowanych trzy lata temu moich artykułów. 

Zygmunt Chychła (1926-2009) to jedna z postaci, które stały się wizytówką nie tylko "Gedanii", ale gdańskiego sportu w ogóle.  Wspaniały sportowiec, pochodzący z Gdańska bokser, dla którego nie było miejsca w socjalistycznej Polsce. Nowym władcom Polski nie pasował jego trudny życiorys, choć przecież pochodził z gdańskiej rodziny, która świadomie wybrała polskość i poniosła tego konsekwencje. W latach siedemdziesiątych wyjechał z Polski na stałe – do Hamburga, gdzie zmarł 22 września 2009 r., w wieku 82 lat. To jeden z tych, których życiorys posłużyć mógłby  jako scenariusz znakomitego filmu. O człowieku, sportowcu, któremu przyszło żyć w strasznych i pokręconych czasach. Jego winą było pochodzenie i służba w czasie wojny w Wehrmachcie, do którego został wcielony w 1944 r. Bez pytania zainteresowanego o zdanie oczywiście. Poddał się do niewoli we Francji, po czym wstąpił do II Korpusu gen. Władysława Andersa, gdzie służył do 1946 r.  Po powrocie do Gdańska kontynuował karierę w "Gedanii" (1946-1949), gdzie zaczynał karierę w 1938 r. i Kolejarzu (1950-1953).  Powiedzieć, że była to kariera błyskotliwa to nic nie powiedzieć. Trwała zaledwie siedem lat! Stoczył w niej 264 walki, z czego 237 wygrał, 12 zremisował i tylko 15 przegrał. Był czterokrotnym indywidualnym mistrzem Polski (1948-1950, 1952), raz zdobył mistrzostwo w drużynie (z "Gedanią") w sezonie 1948/49. Dwa razy triumfował w  mistrzostwach Europy (1951-1953) ale przede wszystkim był mistrzem olimpijskim. Na igrzyskach w Helsinkach w 1952 r. zdobył pierwsze olimpijskie złoto w historii powojennego sportu polskiego. W latach 1951-1952 był wybierany na najlepszego sportowca roku w Polsce, w plebiscycie organizowanym przez Przegląd Sportowy. Jego młodszy kolega i znakomity bokser, Leszek Drogosz wspomina go w ten sposób:

Zyga znakomicie poruszał się na nogach. Potrafił walczyć zarówno w dystansie, jak i w zwarciu. Po prostu kompletny bokser. Był moim idolem. Cieszyłem się, że mogłem zrobić sobie z nim wspólnie zdjęcie. Później, jak już razem wyjeżdżaliśmy na wielkie turnieje czy zgrupowania, zostaliśmy przyjaciółmi. Byliśmy na olimpiadzie w Helsinkach w 1952 roku. Zyga zdobył wtedy złoto, a ja odpadłem w ćwierćfinale. W następnym roku w mistrzostwach Europy w Warszawie obaj stanęliśmy na najwyższym stopniu podium. Ja w wadze lekkopółśredniej, on w półśredniej. Gdyby nie jego gruźlica, na pewno osiągnąłby w sporcie jeszcze więcej. Jego kariera trwała tylko siedem lat i w tym czasie zdobył mistrzostwo olimpijskie oraz dwa złote medale mistrzostw Europy. To niebywałe.



Przyszło mu jednak żyć w niezbyt ciekawych powojennych czasach i realiach epoki stalinowskiej. Kiedy wykryto u niego gruźlicę Chychła chciał się wycofać z czynnego uprawiania sportu. Zbliżały się jednak prestiżowe dla Polski mistrzostwa Europy, organizowane w hali "Gwardii" w Warszawie. Przekonano więc boksera, że jego stan się poprawił, zatajając rzeczywisty stan zaawansowania choroby. Chychła wystąpił i zwyciężył ale choroba wkrótce się odezwała i zakończyła fantastyczną karierę gdańszczanina. Popularny „Zyga” został sam, trochę z własnego wyboru. Taki był, małomówny i skryty a do tego jeszcze zniechęcony do lekarzy. Walczył z gruźlicą sam ponosząc koszty leczenia. Miał już też wówczas na utrzymaniu żonę i trójkę synów. Pracował dorywczo jako trener juniorów w "Gedanii", na kolei, w porcie , był porządkowym na torze wyścigów konnych. Zdesperowany trudną sytuacją materialną nasz pierwszy powojenny mistrz olimpijski rozpoczyna starania o wyjazd na emigrację do Niemiec, do brata swojej żony. Za to zostaje zwolniony z klubu, rodzinę także dotykają represje – żona nie awansuje w pracy, syn nie dostaje się do "Conradinum". To pogarsza jego sytuację ale utwierdza decyzję. Na szczęście zdrowie dopisuje. Znany reporter radiowy wspominał, że Chychła pojawiał się na meczach w nieistniejącej już hali Stoczni Gdańskiej … boso, manifestując w ten sposób swoje ubóstwo. W 1965-66 był trenerem w MZKS Gdynia – jeden z jego wychowanków wspominał po latach:
Spokojny trener dobry cichy człowiek skrzywdzony przez Polskę Ludową. Robił wszystko aby wychować młodych chuliganów i zrobić z nich dobrych ludzi.W większej części się to udało Ja będąc lokalnym rozrabiaką przystopowałem i za namową Pana Zygmunta wziąłem się za naukę.Miło wspominam tamte czasy i wspaniałego człowieka 

Wyjazd doszedł do skutku jesienią 1972 r. W tym właśnie roku jego ukochany klub – Gedania – obchodziła jubileusz 50-lecia klubu. Zygi na nim nie było, co więcej rozpowszechniano opowieść o odmowie wypożyczenia przez niego na okolicznościową wystawę zdobytych trofeów, mi.n. złotego medalu olimpijskiego. Dopowiadano sobie później, że mistrz wszystkie je sprzedał.  Po opublikowaniu przez Tadeusza Olszańskiego w 1984 r. obszernego artykułu o gdańskim bokserze on sam nadesłał sprostowanie:
(…) zawsze czułem i czuję się nadal gdańszczaninem. Może właśnie moje pochodzenie i sytuacja narodowościowa przedwojennego Gdańska wycisnęły na mnie piętno tolerancji. Z tego względu zachowanie języka niemieckiego w Gdańsku było dla mnie i mojej najbliższej rodziny tak samo normalne i naturalne, jak zachowanie polskiego w Hamburgu. (…) Odpowiedź na pańskie pytanie, dlaczego „Gedania” nie wystawiła moich dla Polski zdobytych trofeów sportowych, nie jest co prawda tak dramatyczna, jak w reportażu, ale za to o wiele boleśniejsza. Wywalczone przeze mnie pasy mistrza Europy i medal olimpijski nie był niestety, a może i na szczęście, ze złota, tak że przedstawiały tylko wartość moralną, za którą nie można było wiele kupić. Tylko dlatego przetrwały, w przeciwieństwie do innych nagród, moją chorobę i czas niedostatku. Istniała zatem możliwość ich wystawienia. Mogłem też wziąć udział w uroczystościach jubileuszowych „Gedanii”, bo opuściłem Gdańsk dopiero pod koniec października 1972 roku, zresztą nie jako emigrant, lecz jako przesiedleniec. Prawda jest znów o wiele prostsza. Nikt nie zwrócił się do mnie z prośbą o wypożyczenie trofeów, nie mówiąc już o zaproszeniu na jubileusz….

Jak było naprawdę dziś nie sposób rozstrzygnąć. Pewne jest, o czym czasem mówił, że przez resztę życia towarzyszyła mu samotność. I wspomnienia – to jego sam na sam z medalem.
W 2003 r. Zygmunt Chychła został honorowym obywatelem Gdańska.