Za dwa w dni, w piątek 5 sierpnia, niejako równolegle z otwarciem letnich igrzysk olimpijskich w Rio, otwarcie wystawy, którą bardzo przeżywam i na którą bardzo się cieszę. Do Gdańska przyjechały bowiem artefakty dokumentujące bodaj najbardziej niezwykły okres w historii światowego ruchu olimpijskiego, a niektóre z nich już po raz drugi! mam do nich stosunek emocjonalny. Gościły już w Ratuszu Głównego Miasta na wystawie "Citius-Altius-Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu". To wtedy poznałem ich niezwykłą historię i bardzo się cieszę, że w olbrzymim wyborze, aż 72 obiektów, są u nas znowu. Igrzyska organizowane w obozach jenieckich w 1940 i 1944 r. są częścią ruchu olimpijskiego, choć nigdy nie zostały uznane za oficjalne. Niezwykłe historie, wyjątkowi ludzie oraz przedmioty, to wszystko złoży się na wystawę w Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku. Kto może niech przyjdzie na wernisaż, gdzie jak zwykle trochę pogadam:) Kto nie da rady, niech zajrzy w trakcie trwania, do 2 października. Dla sportowych maniaków i fascynatów to wizyta, rzekłbym, obowiązkowa. Nawet jeżeli ktoś nie interesuje się sportem, to historia ludzi rozgrywających w konspiracji wyścig kolarski, czy turniej siatkówki musi zrobić na nim wrażenie.
Igrzyska w Rio zostaną rozegrane znowu w cieniu problemów współczesnego świata, afery dopingowej etc. Tu mamy do czynienia z czystą pasją uprawiania sportu, sportu, który dawał poczucie wolności. Zobaczycie nie tylko oryginalne przedmioty, przechowywane na codzień w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie, ale poznacie organizatorów i uczestników tych niezwykłych zawodów. Nazwiska niektórych znacie na pewno z ich aktywności powojennej, ale niewiele osób wie o tym epizodzie w ich życiorysach. Wiem, że wyszedł tekst trącący bardzo reklamą, ale chciałem tylko napisać, że cieszę się z wystawy. Ja już w tym momencie, bowiem układam przedmioty, oglądam je i konstruuję opowieść, na którą wszystkich zapraszam. Do zobaczenia :)
Blog towarzyszył powstawaniu książki o historii K.S. "Gedania" i towarzyszy jej już po wydaniu. Interesuje mnie nie tylko historia klubu, ale przede wszystkim ludzi, którzy go tworzyli oraz historia sportu w ogóle, a w Gdańsku w szczególności. Nieustająco zachęcam do czytania i kontaktu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą igrzyska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą igrzyska. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 sierpnia 2016
"Igrzyska za drutami"
Etykiety:
1940,
1944,
Altius,
Citius,
Fortius,
igrzyska,
Langwasser,
Muzeum Poczty,
muzeum sportu,
obozy jenieckie,
olimpiada,
Rio de Janeiro,
sport,
wojna,
Woldenberg
niedziela, 20 marca 2016
niedziela, 30 listopada 2014
Przedwojenne siatkarki "Gedanii"
Piszę te słowa siedząc na pięknej hali sportowej w malowniczej kaszubskiej miejscowości, Stężyca. Na boisku młodziutkie siatkarki “Gedanii”. Pełne pasji i emocji mecze, radość i łzy, rywalizacja. Na hali tylko garstka rodziców, kolegów i koleżanek, bo to niedzielne przedpołudnie, a poza tym rozgrywki to w pełni amatorskie. Dokładnie tak musiało to wyglądać w rozgrywkach przedwojennych. Nawet w rozgrywkach gdańskiej najwyższej klasy rozgrywkowej w piłce nożnej zdarzało się, że drużyny (“Gedania” także) przyjeżdżały na mecze zdekompletowane i grały np. w dziesiątkę. Inne sekcje, czy jak je wówczas zwano Wydziały gdańskiego klubu (z wyjątkiem bokserów) występowały w rozgrywkach dużo mniejszej rangi i tam podobne sytuacje zdarzały się częściej. Jak to u amatorów.
W “Gedanii” funkcjonował bardzo prężny Wydział Kobiet, którego członkinie uprawiały lekkoatletykę i grały w piłkę ręczną. Często otrzymuję pytanie, czy grały w siatkówkę?
Grały, choć większych sukcesów nie odniosły. Najważniejszym występem siatkarek “Gedanii” był występ na I Igrzyskach Polaków z Zagranicy i Wolnego Miasta Gdańska, jakie rozegrano na początku sierpnia 1934 r. w Warszawie. Gedanistki wystąpiły w reprezentacji Polaków z Gdańska i w pierwszym meczu pokonały Niemcy 2:0 (15:4, 15:1). W finale przegrały niestety po wyrównanej grze z lepszą technicznie Czechosłowacją 1:2 (15:12, 11:15, 10:15), ale drugie miejsce było znakomitym wynikiem. Zanim wyjechały do Warszawy, w Gdańsku odbyły się eliminacje, które miały pomóc w wybraniu najlepszych zawodniczek. W turnieju wystąpiły dwie drużyny “Gedanii” oraz “Gimnazjum Polskie” i “Szkoła Handlowa”. Turniej zakończył się następującymi wynikami:
1. Gedania I 4 punkty (Szkoła Handlowa 2:0; Gimnazjum Polskie 1:2; Gedania II 2:0)
2. Gimnazjum Polskie - 4 punkty (Szkoła Handlowa 0:2; Gedania I 2:1, Gedania II 2:0)
3. Szkoła Handlowa - 2 punkty (Gimnazjum Polskie 2:0; Gedania I 0:2; Gedania II 0:2)
4. Gedania II - 2 punkty (Gimnazjum Polskie 0:2; Szkoła Handlowa 2:0; Gedania I 0:2)
Co ciekawe, słaby wynik drugiego zespołu “Gedanii” był tłumaczony niepełnym składem w przegranych meczach.
W “Gedanii” funkcjonował bardzo prężny Wydział Kobiet, którego członkinie uprawiały lekkoatletykę i grały w piłkę ręczną. Często otrzymuję pytanie, czy grały w siatkówkę?
Grały, choć większych sukcesów nie odniosły. Najważniejszym występem siatkarek “Gedanii” był występ na I Igrzyskach Polaków z Zagranicy i Wolnego Miasta Gdańska, jakie rozegrano na początku sierpnia 1934 r. w Warszawie. Gedanistki wystąpiły w reprezentacji Polaków z Gdańska i w pierwszym meczu pokonały Niemcy 2:0 (15:4, 15:1). W finale przegrały niestety po wyrównanej grze z lepszą technicznie Czechosłowacją 1:2 (15:12, 11:15, 10:15), ale drugie miejsce było znakomitym wynikiem. Zanim wyjechały do Warszawy, w Gdańsku odbyły się eliminacje, które miały pomóc w wybraniu najlepszych zawodniczek. W turnieju wystąpiły dwie drużyny “Gedanii” oraz “Gimnazjum Polskie” i “Szkoła Handlowa”. Turniej zakończył się następującymi wynikami:
1. Gedania I 4 punkty (Szkoła Handlowa 2:0; Gimnazjum Polskie 1:2; Gedania II 2:0)
2. Gimnazjum Polskie - 4 punkty (Szkoła Handlowa 0:2; Gedania I 2:1, Gedania II 2:0)
3. Szkoła Handlowa - 2 punkty (Gimnazjum Polskie 2:0; Gedania I 0:2; Gedania II 0:2)
4. Gedania II - 2 punkty (Gimnazjum Polskie 0:2; Szkoła Handlowa 2:0; Gedania I 0:2)
Co ciekawe, słaby wynik drugiego zespołu “Gedanii” był tłumaczony niepełnym składem w przegranych meczach.
środa, 19 listopada 2014
Gdańscy olimpijczycy
W "Gedanopedii" właśnie ukazało się opracowane przeze mnie hasło "Olimpijczycy gdańscy". Strasznie niewdzięczna robota (zaczęta kiedyś z kolegą Mariuszem S. przy okazji wystawy sportowej w 2012 r.), dużo grzebania, mnóstwo rozbieżnych wersji i relacji, ale jest w jednym miejscu. Przeglądajcie tabelki, sprawdzajcie, dawajcie znać na temat znalezionych błędów, czy możliwych uzupełnień. Dla dobra wspólnego, bowiem nigdzie indziej podobnego rejestru nie ma, a przyda się.
wtorek, 7 października 2014
Kwiaty i śpiewy na gdańskim dworcu
Pisałem już w tym miejscu o pobycie Stanisławy Walasiewicz na polskim stadionie we Wrzeszczu. Dziś o akcji, która z perspektywy czasu wydaje się zahaczać o śmieszność. A jednak …
Jak też już pisałem, władze “Gedanii” bardzo dbały o każdy kontakt ze sportem polskim, z polskimi sportowcami i czyniły wiele starań, aby sprowadzać do Gdańska ludzi i drużyny. Można było wiele się nauczyć, ale chodziło zarówno o manifestację polskości, jak i motywację dla zawodników, którzy występując w biało-amarantowych barwach nie mieli łatwego życia w Wolnym Mieście Gdańsku. Mieście zamieszkałym w większości przez Niemców.
W dniu 14 października 1932 r. na pokładzie m/s “Pułaski” przybyła do Gdyni Stanisława Walasiewicz (1911-1980).
To bodaj najwybitniejsza lekkoatletka w historii naszego sportu, nawiasem mówiąc ciągle czekająca na swoją krytyczną biografię. Oto lista jej osiągnięć umieszczona na stronie PKOl:
Była: 14-krotną rekordzistką świata (50 , 60, 80, 100, 200, 220 y, 1000 m), 7-krotną reprezentantką Polski w meczach międzypaństwowych (1929-1946 (33 starty, 22 zwycięstwa indywidualne), 46-krotną rekordzistką Polski (na dystansach od 50-1000 m, w biegach sztafetowych oraz w skoku w dal, biegu 80 m pł i 5-boju) oraz 24-krotną mistrzynią Polski, m.. in. w biegu na 60 m (1934, 1935, 1938, 1946), 100 m (1934, 1935, 1938, 1946) i 200 m (1934, 1935, 1938, 1946). Rekordy życiowe: 60 m – 7.3 (24 września 1933 Lwów), 100 m – 11,6 (10 czerwca 1936 Cleveland), 200 m – 23.6 (4 sierpnia 1935 Warszawa), 400 m – 57,6 (18 sierpnia 1935 Budapeszt), 800 m – 2.18,3 (23 maja 1931 Cleveland), 80 m pł – 12,2 (15 września 1946 Brno), wzwyż – 1.49 (18 czerwca 1938 Cleveland), w dal – 6.125 (18 czerwca 1939 Cleveland), dysk – 38.99 (4 sierpnia 1930 Cornwall), oszczep – 38.94 (25 września 1938 Grudziądz), 3-bój – 190 (11 października 1933 Warszawa), 5-bój „N” – 369 (25 września 1938 Grudziądz).
Była dwukrotną olimpijką – oto jej wyniki (z tego samego źródła):
1932 Los Angeles: 100 m – 1 m. w przedb. (4 zaw.) z wynikiem 11.9, 1 m. w półfin. (6 zaw.) z wynikiem 11.9 i 1 m. w finale (6 zaw.) z wynikiem 11.9, zdobywając złoty medal; rzut dyskiem – 6 m. na 9 start. zawodniczek z wynikiem 33.60 (zw. reprezentantka USA L. Copeland – 40.48).
1936 Berlin: 100 m – 1 m. w przedb. (5 zaw.) z wynikiem 12.5, 2 m. w półfin. (6 zaw.) z wynikiem 12.0, 2 m. w finale (6 zaw.) z wynikiem 11.7, zdobywając srebrny medal.
Jej życie to ciągła konieczność dokonywania wyborów i to bardzo zasadniczych. Walasiewicz zakwalifikowała się do olimpijskiej reprezentacji USA już na igrzyska w Amsterdamie w 1928 r. Była jednak za młoda na otrzymanie obywatelstwa. Cztery lata później nie było już z tym problemów i Amerykanie chcieli ściągnąć młodą Polkę do swojej kadry. Ta jednak podjęła bodaj najważniejszą decyzję w życiu – chciała reprezentować kraj urodzenia. Powiedziała wtedy:
„Zawsze czułam się Polką, gorąco pragnęłam, aby dla mnie i moich rodaków, którzy wyemigrowali do Ameryki, zagrano w Los Angeles Mazurka Dąbrowskiego i wciągnięto na maszt flagę polską. Dla nas, dla Polonii amerykańskiej, była to sprawa honoru i wynagrodzenia za wiele trudnych chwil, jakie niejednokrotnie przeżywaliśmy na obczyźnie”
I była w tym konsekwentna aż do tragicznej śmierci. Jako zawodniczka zapisała wspaniałą kartę w dziejach polskiego sportu – dwa medale olimpijskie w jednej z najbardziej prestiżowych konkurencji lekkoatletycznych, setki medali i rekordów w biegach na różnych dystansach, biegach przez płotki, skoku w dal i wzwyż, rzucie dyskiem i oszczepem, pięcioboju. Na początku lat trzydziestych była bez wątpienia najlepszym sportowcem Polski – kroku dotrzymywał jej tylko Janusz Kusociński. Jej postać inspirowała wielu młodych sportowców, dla których była wzorem, nauczycielką. Choć to słowo mocno dziś niepopularne – była patriotką. Zginęła zastrzelona na parkingu centrum handlowego w Cleveland, gdzie wybrała się podobno aby zrobić zakupy na godne powitanie polskiej reprezentacji koszykarek, która przebywała wtedy w USA. Wykonana wtedy sekcja zwłok i jej wyniki miały tragiczne skutki dla pamięci o „Stasi”, jak mawiały o niej przyjaciółki. Od tej pory pisze się jedynie o jej żeńskich i męskich narządach płciowych, niektórzy stawiają pod znakiem zapytania jej wyniki, a tak w ogóle, to lepiej o niej nie wspominać, bo temat „śliski”. Pomnikową postać, nie tylko w wymiarze sportowym, która może być wzorem dla wielu młodych sportowców i Polaków, zamknęliśmy w szafie niepamięci! Ale to na marginesie - wróćmy do 1932 r.
“Najszybsza kobieta świata” przyjechała do Polski, aby podjąć studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. W Gdyni zorganizowano wspaniałe powitanie, z udziałem przedstawicieli polskich władz. O godz. 17.00 odbyła się herbatka w eleganckiej restauracji braci Seydel, na ul. Świętojańskiej 72. Sprawozdawcy prasowi podkreślali skromność sportsmenki, która z dużym zakłopotaniem przyjmowała składane jej hołdy. Powiedziała tylko; “Będę starała się wszelkiemi siłami i będę pracować, aby imię Polski w dziedzinie sportu nadal rozsławiać pomiędzy narodami świata”. O godz. 22 odjechała pociągiem pospiesznym do Warszawy. Ale to jeszcze nie koniec.
Około godziny 23.00 pociąg wjechał na dworzec w Gdańsku. Tam czekała już delegacja “Gedanii” z prezesem Stankowskim i kierowniczką Wydziału Pań, Martą Flisikowską. Walasiewiczówna wysiadła z wagonu i na peronie otrzymała bukiet z biało-czerwonych róż oraz odznakę klubową. Wzruszona przyrzekła, że wróci do Gdańska i wystartuje to w zawodach. Entuzjazm był tak duży, że zebrane “Gedanistki”, mimo późnej pory, wznosiły okrzyki na cześć sławnej rodaczki.
Można by rzec epizod mały, jakich wiele. Jakże jednak wiele mówiący o tamtych czasach, o głodzie kontaktu z Polską, Polakami i idolami. Bo dla dziewcząt z “Gedanii”, co potwierdziła Pani Budzimira Wojtalewicz, możliwość spotkania ze Stellą, to było coś. Idolka dotrzymała obietnicy i wróciła do Gdańska, aby w pokazowych zawodach zaprezentować swoje umiejętności i spotkać się m.in. z tymi, które w październikowy wieczór witały ją na gdańskim peronie.
Jak też już pisałem, władze “Gedanii” bardzo dbały o każdy kontakt ze sportem polskim, z polskimi sportowcami i czyniły wiele starań, aby sprowadzać do Gdańska ludzi i drużyny. Można było wiele się nauczyć, ale chodziło zarówno o manifestację polskości, jak i motywację dla zawodników, którzy występując w biało-amarantowych barwach nie mieli łatwego życia w Wolnym Mieście Gdańsku. Mieście zamieszkałym w większości przez Niemców.
W dniu 14 października 1932 r. na pokładzie m/s “Pułaski” przybyła do Gdyni Stanisława Walasiewicz (1911-1980).
To bodaj najwybitniejsza lekkoatletka w historii naszego sportu, nawiasem mówiąc ciągle czekająca na swoją krytyczną biografię. Oto lista jej osiągnięć umieszczona na stronie PKOl:
Była: 14-krotną rekordzistką świata (50 , 60, 80, 100, 200, 220 y, 1000 m), 7-krotną reprezentantką Polski w meczach międzypaństwowych (1929-1946 (33 starty, 22 zwycięstwa indywidualne), 46-krotną rekordzistką Polski (na dystansach od 50-1000 m, w biegach sztafetowych oraz w skoku w dal, biegu 80 m pł i 5-boju) oraz 24-krotną mistrzynią Polski, m.. in. w biegu na 60 m (1934, 1935, 1938, 1946), 100 m (1934, 1935, 1938, 1946) i 200 m (1934, 1935, 1938, 1946). Rekordy życiowe: 60 m – 7.3 (24 września 1933 Lwów), 100 m – 11,6 (10 czerwca 1936 Cleveland), 200 m – 23.6 (4 sierpnia 1935 Warszawa), 400 m – 57,6 (18 sierpnia 1935 Budapeszt), 800 m – 2.18,3 (23 maja 1931 Cleveland), 80 m pł – 12,2 (15 września 1946 Brno), wzwyż – 1.49 (18 czerwca 1938 Cleveland), w dal – 6.125 (18 czerwca 1939 Cleveland), dysk – 38.99 (4 sierpnia 1930 Cornwall), oszczep – 38.94 (25 września 1938 Grudziądz), 3-bój – 190 (11 października 1933 Warszawa), 5-bój „N” – 369 (25 września 1938 Grudziądz).
Była dwukrotną olimpijką – oto jej wyniki (z tego samego źródła):
1932 Los Angeles: 100 m – 1 m. w przedb. (4 zaw.) z wynikiem 11.9, 1 m. w półfin. (6 zaw.) z wynikiem 11.9 i 1 m. w finale (6 zaw.) z wynikiem 11.9, zdobywając złoty medal; rzut dyskiem – 6 m. na 9 start. zawodniczek z wynikiem 33.60 (zw. reprezentantka USA L. Copeland – 40.48).
1936 Berlin: 100 m – 1 m. w przedb. (5 zaw.) z wynikiem 12.5, 2 m. w półfin. (6 zaw.) z wynikiem 12.0, 2 m. w finale (6 zaw.) z wynikiem 11.7, zdobywając srebrny medal.
Jej życie to ciągła konieczność dokonywania wyborów i to bardzo zasadniczych. Walasiewicz zakwalifikowała się do olimpijskiej reprezentacji USA już na igrzyska w Amsterdamie w 1928 r. Była jednak za młoda na otrzymanie obywatelstwa. Cztery lata później nie było już z tym problemów i Amerykanie chcieli ściągnąć młodą Polkę do swojej kadry. Ta jednak podjęła bodaj najważniejszą decyzję w życiu – chciała reprezentować kraj urodzenia. Powiedziała wtedy:
„Zawsze czułam się Polką, gorąco pragnęłam, aby dla mnie i moich rodaków, którzy wyemigrowali do Ameryki, zagrano w Los Angeles Mazurka Dąbrowskiego i wciągnięto na maszt flagę polską. Dla nas, dla Polonii amerykańskiej, była to sprawa honoru i wynagrodzenia za wiele trudnych chwil, jakie niejednokrotnie przeżywaliśmy na obczyźnie”
![]() |
| Buty Stanisławy Walasiewicz - zbiory Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie |
I była w tym konsekwentna aż do tragicznej śmierci. Jako zawodniczka zapisała wspaniałą kartę w dziejach polskiego sportu – dwa medale olimpijskie w jednej z najbardziej prestiżowych konkurencji lekkoatletycznych, setki medali i rekordów w biegach na różnych dystansach, biegach przez płotki, skoku w dal i wzwyż, rzucie dyskiem i oszczepem, pięcioboju. Na początku lat trzydziestych była bez wątpienia najlepszym sportowcem Polski – kroku dotrzymywał jej tylko Janusz Kusociński. Jej postać inspirowała wielu młodych sportowców, dla których była wzorem, nauczycielką. Choć to słowo mocno dziś niepopularne – była patriotką. Zginęła zastrzelona na parkingu centrum handlowego w Cleveland, gdzie wybrała się podobno aby zrobić zakupy na godne powitanie polskiej reprezentacji koszykarek, która przebywała wtedy w USA. Wykonana wtedy sekcja zwłok i jej wyniki miały tragiczne skutki dla pamięci o „Stasi”, jak mawiały o niej przyjaciółki. Od tej pory pisze się jedynie o jej żeńskich i męskich narządach płciowych, niektórzy stawiają pod znakiem zapytania jej wyniki, a tak w ogóle, to lepiej o niej nie wspominać, bo temat „śliski”. Pomnikową postać, nie tylko w wymiarze sportowym, która może być wzorem dla wielu młodych sportowców i Polaków, zamknęliśmy w szafie niepamięci! Ale to na marginesie - wróćmy do 1932 r.
“Najszybsza kobieta świata” przyjechała do Polski, aby podjąć studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. W Gdyni zorganizowano wspaniałe powitanie, z udziałem przedstawicieli polskich władz. O godz. 17.00 odbyła się herbatka w eleganckiej restauracji braci Seydel, na ul. Świętojańskiej 72. Sprawozdawcy prasowi podkreślali skromność sportsmenki, która z dużym zakłopotaniem przyjmowała składane jej hołdy. Powiedziała tylko; “Będę starała się wszelkiemi siłami i będę pracować, aby imię Polski w dziedzinie sportu nadal rozsławiać pomiędzy narodami świata”. O godz. 22 odjechała pociągiem pospiesznym do Warszawy. Ale to jeszcze nie koniec.
Około godziny 23.00 pociąg wjechał na dworzec w Gdańsku. Tam czekała już delegacja “Gedanii” z prezesem Stankowskim i kierowniczką Wydziału Pań, Martą Flisikowską. Walasiewiczówna wysiadła z wagonu i na peronie otrzymała bukiet z biało-czerwonych róż oraz odznakę klubową. Wzruszona przyrzekła, że wróci do Gdańska i wystartuje to w zawodach. Entuzjazm był tak duży, że zebrane “Gedanistki”, mimo późnej pory, wznosiły okrzyki na cześć sławnej rodaczki.
Można by rzec epizod mały, jakich wiele. Jakże jednak wiele mówiący o tamtych czasach, o głodzie kontaktu z Polską, Polakami i idolami. Bo dla dziewcząt z “Gedanii”, co potwierdziła Pani Budzimira Wojtalewicz, możliwość spotkania ze Stellą, to było coś. Idolka dotrzymała obietnicy i wróciła do Gdańska, aby w pokazowych zawodach zaprezentować swoje umiejętności i spotkać się m.in. z tymi, które w październikowy wieczór witały ją na gdańskim peronie.
czwartek, 2 października 2014
Bendig
“Wie Pan, to był dobry człowiek. W wielu rodzinach to się zdarza - alkohol, wypadek, rozpad małżeństwa. Ale one wiedział, że dzieci mają są bezpieczne i że jest im dobrze. One miały z nim kontakt do końca”.
Więcej napisać nie mogę, aby nie nadużyć zaufania. To fragment rozmowy z osobą z rodziny Brunona Bendiga (6 X 1938 Chełmno – 15 IX 2006 Gdańsk), znakomitego boksera, reprezentującego m.in. “Gedanię”. Od owej Pani otrzymałem adresy jego najbliższej rodziny, żony i dzieci. Napiszę do nich, poproszę o okruchy wspomnień. Nie o karierze sportowej, bo tą znamy. Poproszę o opowieść o dobrym człowieku. O chwilach pięknych i trudnych, radościach i smutkach. O człowieku pochłoniętym karierą, sławnym, ale “równym”, nie potrafiącym odmawiać. Ile razy sportowcy, a zwłaszcza bokserzy słyszą po zakończeniu kariery “ze mną się nie napijesz?”. Ile znamy już takich historii, o twardzielach, którzy nie poradzili sobie w tym drugim życiu, bez adrenaliny i emocji. Choroba alkoholowa jest straszna. Może rodzina zechce, a może nie… Mnie zależy, aby ocalić pamięć. Dlatego spróbuję.
Boks to jedna z polskich specjalności. Także gdańskich i pomorskich. Pomorze zawsze słynęło z obfitości bokserskich talentów. Takim był Bruno. W gdańskim Muzeum Historycznym cieszymy się z wielu pamiątek przekazanych przez boksera. Najważniejszym jest chyba zdobyty przez niego medal olimpijski. Medal niezwykły. Chodzi nie tylko o jego piękną, stylizowaną na antyczną formę. Medale z Igrzysk w Rzymie (1960) wyróżniają się pięknym wykonaniem i łańcuszkiem z ogniwami stylizowanymi na listki. Przedstawia postać antycznego zwycięzcy, niesionego w chwili triumfu na ramionach. Wzniesiona ręka symbolizuje zwycięstwo. Bo mimo, iż medal jest brązowy to jakże zwycięski. Start Bendiga w Igrzyskach był wielką niespodzianką dla wszystkich a jego pierwsza olimpijska walka – debiutem w barwach narodowych! Debiutant spisywał się w Rzymie znakomicie – przegrał dopiero w półfinale z Rosjaninem Grigoriewem, późniejszym mistrzem olimpijskim. Medal jest więc pamiątką po oszałamiającym debiucie, który przyniósł największy w karierze sukces. Następne igrzyska w Tokio skończyły się już dla Brunona Bendiga porażką.
Warto wspomnieć o innych pamiątkach, które dokumentują bogatą karierę znakomitego pięściarza. Wszystkie wspomnienia, jakie o nim czytałem, podkreślają znakomitą technikę pięściarza, elegancką sylwetkę, lekki styl walki. Był zapatrzony w swojego wielkiego idola - Gedanistę - Zygmunta Chychłę. W swojej karierze (1955-1969) walczył w wadze koguciej i piórkowej. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że urodził się w 1938 r. (w Chełmnie) to dostrzeżemy łatwo, iż pięściarską karierę rozpoczął bardzo późno, w wieku 17 lat. Pierwszym klubem był LZS Starogard a następnie młody bokser przenosi się do „Wisły” Tczew i dostaje się w ręce znakomitego boksera i trenera – Józefa Kruży. Ten szlifuje jego talent. Oprócz dyplomów ten wczesny okres kariery dokumentuje znaczek z mistrzostw Polski w 1957 r.
Przełomem w karierze stały się igrzyska olimpijskie w Rzymie. Dość niespodziewanie otrzymał powołania od trenera Stamma a pierwsza walka w turnieju olimpijskim była jednocześnie reprezentacyjnym debiutem. Igrzyska, jak już pisaliśmy, zakończyły się wielkim sukcesem – zdobyciem brązowego medalu. Po powrocie z Igrzysk przeniósł się z bydgoskiego „Zawiszy”, gdzie odbywał służbę wojskową do „Gedanii”. Przez trzy lata ponownie pracował z trenerem Krużą a później już do końca kariery w barwach gdańskiej „Polonii” jego trenerami byli … wychowankowie „Gedanii” – Brunon Karnath i Jan Bianga.
Pierwsza połowa lata 60-tych to najlepszy okres w karierze. W latach 162-1964 zdobywał tytuły mistrza Polski w wadze koguciej a w 1965 r. w wadze piórkowej.
Medale skromne w formie ale cenne. W tym okresie zdobył też tytuł wicemistrza Europy (1965). Jedynym istotnym niepowodzeniem był start na igrzyskach w Tokio, gdzie w drugiej rundzie przegrał 2:3 z Karimu Youngiem (Nigeria).
W sumie Brunon Bendig stoczył 270 walk z których 246 wygrał i 4 zremisował. Wspaniała kariera, cudowny „lewy prosty” minęła dość szybko a później przyszły kłopoty, można by powiedzieć typowe dla bokserów. Dramaty osobiste, kłopoty zdrowotne… Nie warto o nich więcej pisać. Warto przypomnieć, że osiągnięcia naszego boksera doceniono tytułem „Zasłużonego Mistrza Sportu”, krzyżem zasługi, szeregiem nagród i dyplomów.
Pozostało wiele, a do tego relacje i wspomnienia z imprez sportowych, wielu walk. Brakuje jedynie wspomnianych na początku wspomnień, tych z czasu kariery, ale i niełatwego życia po jej zakończeniu. Pozwolą ocalić pamięć o człowieku - dobrym człowieku.
Więcej napisać nie mogę, aby nie nadużyć zaufania. To fragment rozmowy z osobą z rodziny Brunona Bendiga (6 X 1938 Chełmno – 15 IX 2006 Gdańsk), znakomitego boksera, reprezentującego m.in. “Gedanię”. Od owej Pani otrzymałem adresy jego najbliższej rodziny, żony i dzieci. Napiszę do nich, poproszę o okruchy wspomnień. Nie o karierze sportowej, bo tą znamy. Poproszę o opowieść o dobrym człowieku. O chwilach pięknych i trudnych, radościach i smutkach. O człowieku pochłoniętym karierą, sławnym, ale “równym”, nie potrafiącym odmawiać. Ile razy sportowcy, a zwłaszcza bokserzy słyszą po zakończeniu kariery “ze mną się nie napijesz?”. Ile znamy już takich historii, o twardzielach, którzy nie poradzili sobie w tym drugim życiu, bez adrenaliny i emocji. Choroba alkoholowa jest straszna. Może rodzina zechce, a może nie… Mnie zależy, aby ocalić pamięć. Dlatego spróbuję.
Boks to jedna z polskich specjalności. Także gdańskich i pomorskich. Pomorze zawsze słynęło z obfitości bokserskich talentów. Takim był Bruno. W gdańskim Muzeum Historycznym cieszymy się z wielu pamiątek przekazanych przez boksera. Najważniejszym jest chyba zdobyty przez niego medal olimpijski. Medal niezwykły. Chodzi nie tylko o jego piękną, stylizowaną na antyczną formę. Medale z Igrzysk w Rzymie (1960) wyróżniają się pięknym wykonaniem i łańcuszkiem z ogniwami stylizowanymi na listki. Przedstawia postać antycznego zwycięzcy, niesionego w chwili triumfu na ramionach. Wzniesiona ręka symbolizuje zwycięstwo. Bo mimo, iż medal jest brązowy to jakże zwycięski. Start Bendiga w Igrzyskach był wielką niespodzianką dla wszystkich a jego pierwsza olimpijska walka – debiutem w barwach narodowych! Debiutant spisywał się w Rzymie znakomicie – przegrał dopiero w półfinale z Rosjaninem Grigoriewem, późniejszym mistrzem olimpijskim. Medal jest więc pamiątką po oszałamiającym debiucie, który przyniósł największy w karierze sukces. Następne igrzyska w Tokio skończyły się już dla Brunona Bendiga porażką.
Warto wspomnieć o innych pamiątkach, które dokumentują bogatą karierę znakomitego pięściarza. Wszystkie wspomnienia, jakie o nim czytałem, podkreślają znakomitą technikę pięściarza, elegancką sylwetkę, lekki styl walki. Był zapatrzony w swojego wielkiego idola - Gedanistę - Zygmunta Chychłę. W swojej karierze (1955-1969) walczył w wadze koguciej i piórkowej. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że urodził się w 1938 r. (w Chełmnie) to dostrzeżemy łatwo, iż pięściarską karierę rozpoczął bardzo późno, w wieku 17 lat. Pierwszym klubem był LZS Starogard a następnie młody bokser przenosi się do „Wisły” Tczew i dostaje się w ręce znakomitego boksera i trenera – Józefa Kruży. Ten szlifuje jego talent. Oprócz dyplomów ten wczesny okres kariery dokumentuje znaczek z mistrzostw Polski w 1957 r.
Przełomem w karierze stały się igrzyska olimpijskie w Rzymie. Dość niespodziewanie otrzymał powołania od trenera Stamma a pierwsza walka w turnieju olimpijskim była jednocześnie reprezentacyjnym debiutem. Igrzyska, jak już pisaliśmy, zakończyły się wielkim sukcesem – zdobyciem brązowego medalu. Po powrocie z Igrzysk przeniósł się z bydgoskiego „Zawiszy”, gdzie odbywał służbę wojskową do „Gedanii”. Przez trzy lata ponownie pracował z trenerem Krużą a później już do końca kariery w barwach gdańskiej „Polonii” jego trenerami byli … wychowankowie „Gedanii” – Brunon Karnath i Jan Bianga.
Pierwsza połowa lata 60-tych to najlepszy okres w karierze. W latach 162-1964 zdobywał tytuły mistrza Polski w wadze koguciej a w 1965 r. w wadze piórkowej.
Medale skromne w formie ale cenne. W tym okresie zdobył też tytuł wicemistrza Europy (1965). Jedynym istotnym niepowodzeniem był start na igrzyskach w Tokio, gdzie w drugiej rundzie przegrał 2:3 z Karimu Youngiem (Nigeria).
W sumie Brunon Bendig stoczył 270 walk z których 246 wygrał i 4 zremisował. Wspaniała kariera, cudowny „lewy prosty” minęła dość szybko a później przyszły kłopoty, można by powiedzieć typowe dla bokserów. Dramaty osobiste, kłopoty zdrowotne… Nie warto o nich więcej pisać. Warto przypomnieć, że osiągnięcia naszego boksera doceniono tytułem „Zasłużonego Mistrza Sportu”, krzyżem zasługi, szeregiem nagród i dyplomów.
Pozostało wiele, a do tego relacje i wspomnienia z imprez sportowych, wielu walk. Brakuje jedynie wspomnianych na początku wspomnień, tych z czasu kariery, ale i niełatwego życia po jej zakończeniu. Pozwolą ocalić pamięć o człowieku - dobrym człowieku.
poniedziałek, 22 września 2014
Papieros Łomowskiego
Na moim poprzednim blogu (z którego niektóre wpisy będę publikował tutaj nieco uaktualnione) w marcu 2012 r. zamieściłem wpis o “wileńskim żubrze”, Mieczysławie Łomowskim. Wywołał bardzo duże zainteresowanie, bo postać to wybitna, ale mało znana. Tekst brzmiał tak:
Właśnie oddana została do konserwacji bardzo cenna pamiątka po Mieczysławie Łomowskim, zawodniku, działaczu, pedagogu sportowym. (1914 – 1969). To dyplom uczestnika pierwszych powojennych Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 1948 r. Łomowski startował tam w konkurencji rzutu (pchnięcia) kulą. Zajął IV miejsce ustępując tylko bezkonkurencyjnym reprezentantom USA. Wygrał W. Thompson z wynikiem 17, 12 m (rekord olimpijski), drugi był F. Delaney (16,68 m) a trzeci J. Fuchs – 16, 42 m. Nasz reprezentant rzucił 15, 43 m.
Zachowany w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska dyplom jest jedyną pamiątką po znakomitym zawodniku, jaka znajdzie się na przygotowywanej wystawie („Citius-Altius-Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu, Ratusz Głównego Miasta Gdańska, 25 maja – 30 września 2012). Tym cenniejszy, że dokumentuje także inne, zapomniane już dziś wydarzenie – Mieczysław Łomowski był chorążym polskiej ekipy olimpijskiej. Funkcja to niesłychanie zaszczytna, zwłaszcza w Polsce, gdzie dzierżący chorągiew chorąży był jedną z najważniejszych osób w wojsku. Chorągiew jako znak bojowy była niemal święta a chroniący ją człowiek nie mógł być przypadkowy. Funkcja chorążego w polskim sporcie pojawiła się w XIX w. wraz z tworzeniem się stowarzyszeń i klubów sportowych. Każda organizacja miała godło (herb) i chorągiew.
Pierwsza defilada olimpijczyków odbyła się podczas otwarcia Igrzysk IV Olimpiady w Londynie 13 lipca 1908 r. Każdą z ekip prowadził chorąży. Od Igrzysk w Sztokholmie w 1912 r. przed każdą reprezentacją idą także heroldowie niosący nazwy uczestniczących państw. Co warto przypomnieć polska chorągiew w ceremonii otwarcia Igrzysk pojawiła się już w 1920 r. Wprawdzie polska reprezentacja do Antwerpii nie dotarła (z powodu wojny polsko-radzieckiej) ale w ten sposób symbolicznie zaznaczyła swój udział. Cztery lata później w Chamonix (I Igrzyska Zimowe) i w Paryżu (VIII Igrzyska Letnie) chorągiew towarzyszyła już polskim ekipom. Niegdyś chorążowie polskiej reprezentacji wyznaczani byli przez kierownictwo ekipy, teraz wyznacza szef Misji Olimpijskiej.
Ciekawe, że spośród 19 chorążych Igrzysk letnich w latach 1924-2008 mamy pięciu „naszych” sportowców. Oprócz Mieczysława Łomowskiego (1948), Waldemar Baszanowski (1964, 1968, 1972), Grzegorz Śledziewski (1976), Andrzej Wroński (2000) oraz Marek Twardowski (2008).
A kim był właściwie Mieczysław Łomowski?
Pochodził z Wilna, gdzie zaczął też treningi po okiem Tadeusza Lacha i Władysława Wiro-Kiro. Był bardzo wszechstronny – uprawiał pływanie, wioślarstwo, kolarstwo, hokej na lodzie ale przede wszystkim lekkoatletykę. Wkrótce wyspecjalizował się w rzucie kulą i dyskiem i trafił do reprezentacji Polski. Po wojnie osiedlił się w Gdańsku. Mieszkał m.in. we Wrzeszczu na ulicy Żołnierza Tułacza 10 (dziś Kunickiego). W 1947 r. zdobył dwa tytuły mistrza Polski (kula i dysk), w roku następnym pobił rekord kraju w rzucie dyskiem wynikiem 47, 46 m. Rekord w rzucie kulą udało mu się pobić dopiero w 1952 r. (16, 15 m). Znakomite wyniki sprawiły, że trafił do kadry na Igrzyska w Helsinkach w 1952. Z powodu kontuzji musiał z nich jednak zrezygnować. Startował dalej w barwach gdańskiej Gwardii a później zajął się pracą szkoleniową. Wychował m.in. Eugenię Rusin-Ciarkowską i Władysława Komara (oboje zaprezentujemy na wystawie). Oprócz pracy trenerskiej realizował się jako działacz. Pracę przerwał nagle wypadek samochodowy pod Gniewem, 15 października 1969 r.
Szczegółowy przebieg kariery zawodniczej z portalu http://www.pkol.pl
Zawodnik gdańskich klubów: BOP (1945), Lechii (1946-1949), Budowlanych (1950-1951), Gwardii (1952-1956) i Wybrzeża (1957-1958), był 7-krotnym reprezentantem Polski w meczach międzypaństwowych 1950-1954 (13 startów, 5 zwycięstw indywidualnych), 16-krotnym medalistą mistrzostw krajowych, w tym: 3-krotnym mistrzem Polski w pchnięciu kulą (1947-1949) i 5-krotnym w rzucie dyskiem (1947-1949, 1951, 1953) oraz 2-krotnym rekordzistą Polski: kula – 16.15 (11 maja 1952 Bydgoszcz) i dysk – 47.46 (27 maja 1948 Gdańsk). Startował na mistrzostwach Europy w Oslo (1946), ale największy sukces przyniósł mu start olimpijski (1948), gdzie w pchnięciu kulą uległ tylko Amerykanom. Był najlepszym Europejczykiem. Mimo stałych i znaczących postępów (pobił rekord Heljasza w kuli), nie pojechał na drugie igrzyska (1952) wyeliminowany przez kontuzję. Gdy miał 41 lat, pobił swoje rekordy życiowe: kula – 16.25 (26 czerwca 1955 Poznań) i dysk – 48.77 (2 października 1955 Gdańsk).
Patrząc na olimpijski dyplom Łomowskiego przypomniałem sobie wspomnienia Feliksa Stamma (nie trzeba chyba przedstawiać wybitnego polskiego trenera, wychowawcy wielu bokserów) z tych właśnie igrzysk:
O ceremonii otwarcia: “Wreszcie przychodzi i na nas kolej. Wkraczamy na stadion dumni. Dumni, że reprezentujemy kraj, który tak strasznie zniszczony przez hitlerowski najazd, tak szybko powraca do życia, kraj, który buduje socjalizm [wspomnienia opublikowane w 1955 r., co tłumaczy tego typu wstawki, gloryfikujące ustrój - J.T.]. Przez chwilę wydaje mi się, że obok na, obok Adamczyka, Łomowskiego, Wajsówny czy Szymury, maszerują ci, którzy życie swe oddali w walce z faszystowskim najeźdźcą. Maszerują cienie Kusocińskiego, Nojego, Bocheńskiego, Cejzika, Lokajskiego …”
Stamm opisuje też udany występ naszego bohatera podając chyba nieznaną skądinąd anegdotkę, związaną z paleniem:
“We wsi olimpijskiej Łomowski opowiadał mi, z jaką rozkoszą zapalił pierwszego papierosa wtedy, kiedy zszedł już z rzutni.
- Od dziewięciu miesięcy nie paliłem, dałem sobie słowo, że zaciągnę się dopiero po olimpiadzie”.
Takie to były barwne czasy i jeszcze barwniejsze postaci.
Jak wyglądały te igrzyska? Można zobaczyć na tym znakomitym jakościowo filmie. W pierwszej części ceremonia otwarcia:
Właśnie oddana została do konserwacji bardzo cenna pamiątka po Mieczysławie Łomowskim, zawodniku, działaczu, pedagogu sportowym. (1914 – 1969). To dyplom uczestnika pierwszych powojennych Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 1948 r. Łomowski startował tam w konkurencji rzutu (pchnięcia) kulą. Zajął IV miejsce ustępując tylko bezkonkurencyjnym reprezentantom USA. Wygrał W. Thompson z wynikiem 17, 12 m (rekord olimpijski), drugi był F. Delaney (16,68 m) a trzeci J. Fuchs – 16, 42 m. Nasz reprezentant rzucił 15, 43 m.
![]() |
| Zbiory MHMG - stan przed konserwacją |
Zachowany w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska dyplom jest jedyną pamiątką po znakomitym zawodniku, jaka znajdzie się na przygotowywanej wystawie („Citius-Altius-Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu, Ratusz Głównego Miasta Gdańska, 25 maja – 30 września 2012). Tym cenniejszy, że dokumentuje także inne, zapomniane już dziś wydarzenie – Mieczysław Łomowski był chorążym polskiej ekipy olimpijskiej. Funkcja to niesłychanie zaszczytna, zwłaszcza w Polsce, gdzie dzierżący chorągiew chorąży był jedną z najważniejszych osób w wojsku. Chorągiew jako znak bojowy była niemal święta a chroniący ją człowiek nie mógł być przypadkowy. Funkcja chorążego w polskim sporcie pojawiła się w XIX w. wraz z tworzeniem się stowarzyszeń i klubów sportowych. Każda organizacja miała godło (herb) i chorągiew.
Pierwsza defilada olimpijczyków odbyła się podczas otwarcia Igrzysk IV Olimpiady w Londynie 13 lipca 1908 r. Każdą z ekip prowadził chorąży. Od Igrzysk w Sztokholmie w 1912 r. przed każdą reprezentacją idą także heroldowie niosący nazwy uczestniczących państw. Co warto przypomnieć polska chorągiew w ceremonii otwarcia Igrzysk pojawiła się już w 1920 r. Wprawdzie polska reprezentacja do Antwerpii nie dotarła (z powodu wojny polsko-radzieckiej) ale w ten sposób symbolicznie zaznaczyła swój udział. Cztery lata później w Chamonix (I Igrzyska Zimowe) i w Paryżu (VIII Igrzyska Letnie) chorągiew towarzyszyła już polskim ekipom. Niegdyś chorążowie polskiej reprezentacji wyznaczani byli przez kierownictwo ekipy, teraz wyznacza szef Misji Olimpijskiej.
Ciekawe, że spośród 19 chorążych Igrzysk letnich w latach 1924-2008 mamy pięciu „naszych” sportowców. Oprócz Mieczysława Łomowskiego (1948), Waldemar Baszanowski (1964, 1968, 1972), Grzegorz Śledziewski (1976), Andrzej Wroński (2000) oraz Marek Twardowski (2008).
A kim był właściwie Mieczysław Łomowski?
Pochodził z Wilna, gdzie zaczął też treningi po okiem Tadeusza Lacha i Władysława Wiro-Kiro. Był bardzo wszechstronny – uprawiał pływanie, wioślarstwo, kolarstwo, hokej na lodzie ale przede wszystkim lekkoatletykę. Wkrótce wyspecjalizował się w rzucie kulą i dyskiem i trafił do reprezentacji Polski. Po wojnie osiedlił się w Gdańsku. Mieszkał m.in. we Wrzeszczu na ulicy Żołnierza Tułacza 10 (dziś Kunickiego). W 1947 r. zdobył dwa tytuły mistrza Polski (kula i dysk), w roku następnym pobił rekord kraju w rzucie dyskiem wynikiem 47, 46 m. Rekord w rzucie kulą udało mu się pobić dopiero w 1952 r. (16, 15 m). Znakomite wyniki sprawiły, że trafił do kadry na Igrzyska w Helsinkach w 1952. Z powodu kontuzji musiał z nich jednak zrezygnować. Startował dalej w barwach gdańskiej Gwardii a później zajął się pracą szkoleniową. Wychował m.in. Eugenię Rusin-Ciarkowską i Władysława Komara (oboje zaprezentujemy na wystawie). Oprócz pracy trenerskiej realizował się jako działacz. Pracę przerwał nagle wypadek samochodowy pod Gniewem, 15 października 1969 r.
Szczegółowy przebieg kariery zawodniczej z portalu http://www.pkol.pl
Zawodnik gdańskich klubów: BOP (1945), Lechii (1946-1949), Budowlanych (1950-1951), Gwardii (1952-1956) i Wybrzeża (1957-1958), był 7-krotnym reprezentantem Polski w meczach międzypaństwowych 1950-1954 (13 startów, 5 zwycięstw indywidualnych), 16-krotnym medalistą mistrzostw krajowych, w tym: 3-krotnym mistrzem Polski w pchnięciu kulą (1947-1949) i 5-krotnym w rzucie dyskiem (1947-1949, 1951, 1953) oraz 2-krotnym rekordzistą Polski: kula – 16.15 (11 maja 1952 Bydgoszcz) i dysk – 47.46 (27 maja 1948 Gdańsk). Startował na mistrzostwach Europy w Oslo (1946), ale największy sukces przyniósł mu start olimpijski (1948), gdzie w pchnięciu kulą uległ tylko Amerykanom. Był najlepszym Europejczykiem. Mimo stałych i znaczących postępów (pobił rekord Heljasza w kuli), nie pojechał na drugie igrzyska (1952) wyeliminowany przez kontuzję. Gdy miał 41 lat, pobił swoje rekordy życiowe: kula – 16.25 (26 czerwca 1955 Poznań) i dysk – 48.77 (2 października 1955 Gdańsk).
Patrząc na olimpijski dyplom Łomowskiego przypomniałem sobie wspomnienia Feliksa Stamma (nie trzeba chyba przedstawiać wybitnego polskiego trenera, wychowawcy wielu bokserów) z tych właśnie igrzysk:
O ceremonii otwarcia: “Wreszcie przychodzi i na nas kolej. Wkraczamy na stadion dumni. Dumni, że reprezentujemy kraj, który tak strasznie zniszczony przez hitlerowski najazd, tak szybko powraca do życia, kraj, który buduje socjalizm [wspomnienia opublikowane w 1955 r., co tłumaczy tego typu wstawki, gloryfikujące ustrój - J.T.]. Przez chwilę wydaje mi się, że obok na, obok Adamczyka, Łomowskiego, Wajsówny czy Szymury, maszerują ci, którzy życie swe oddali w walce z faszystowskim najeźdźcą. Maszerują cienie Kusocińskiego, Nojego, Bocheńskiego, Cejzika, Lokajskiego …”
Stamm opisuje też udany występ naszego bohatera podając chyba nieznaną skądinąd anegdotkę, związaną z paleniem:
“We wsi olimpijskiej Łomowski opowiadał mi, z jaką rozkoszą zapalił pierwszego papierosa wtedy, kiedy zszedł już z rzutni.
- Od dziewięciu miesięcy nie paliłem, dałem sobie słowo, że zaciągnę się dopiero po olimpiadzie”.
Takie to były barwne czasy i jeszcze barwniejsze postaci.
Jak wyglądały te igrzyska? Można zobaczyć na tym znakomitym jakościowo filmie. W pierwszej części ceremonia otwarcia:
W drugiej m.in znakomity bieg na 10 000 m Emila Zatopka i rzucający kulą Mieczysław Łomowski (8:43 min filmu)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















