Miło mi się pochwalić nagrodą otrzymaną na Targach Książki Kaszubskiej i Pomorskiej. Serdeczne podziękowania dla moich wydawców: Wydawnictwa "Oskar" i Muzeum Historycznego Miasta Gdańska.
Blog towarzyszył powstawaniu książki o historii K.S. "Gedania" i towarzyszy jej już po wydaniu. Interesuje mnie nie tylko historia klubu, ale przede wszystkim ludzi, którzy go tworzyli oraz historia sportu w ogóle, a w Gdańsku w szczególności. Nieustająco zachęcam do czytania i kontaktu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolne Miasto Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolne Miasto Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 lipca 2016
sobota, 27 lutego 2016
Gedania podbija Warszawę
Jednym z ważnych elementów strategii KS Gedania były kontakty ze sportem polskim. Polacy mieszkający w Wolnym Mieście Gdańsku chcieli pokazywać się w Polsce, trzymać kontakt z ojczyzną, to było dla nich ważne. Chcieli też przypominać, że w Gdańsku w ogóle funkcjonuje mniejszość polska, mająca swoje ambicje i aspiracje. Trzeba było więc zaprezentować się dobrze, a więc wysłać sportowców, którzy podejmą walkę ze stojącymi na wyższym poziomie drużynami polskimi. Bokserzy startowali w drużynowych i indywidualnych mistrzostwach polski i byli w Polsce znani. Rywalizującym o mistrzostwo Niemiec piłkarzom pozostawały mecze towarzyskie. W latach 1932-1933 Gedania stała się jedną z najlepszych drużyn w Gdańsku, w 1933 r. zdobyła nawet mistrzostwo Wolnego Miasta Gdańska. W tych latach odwiedzała Polskę w tym Warszawę. Z 1932 r. pochodzi poniższe zdjęcie:
Jak widać Gedaniści prezentowali się godnie, w eleganckich strojach, a zawsze także na takie wyjazdy zabierali podarunku. Tu widoczna jest grafika (?) prezentująca chyba Ratusz Głównego Miasta widoczny ze znanej perspektywy Długie Targu.
Kontakty z drużynami polskimi były ważne nie tylko od strony propagandowej, ale także sportowej. Drużyny polskie grały lepiej niż gdańskie, czy wschodniopruskie, z którymi na codzień rywalizowała Gedania, ale także prezentowały inny styl i wyższą kulturę gry. Gedaniści grali technicznie, krótkimi podaniami, byli znani z gry kombinacyjnej, a niemieckie drużyny ligowe wręcz przeciwnie. Kontakt z polskimi drużynami dawał szansę na rozwój takiego właśnie stylu gry. O wizycie w Warszawia w kwietniu 1933 r. pisałem już w tym miejscu. Serce jednak rośnie, kiedy patrzy się na taki tytuł, jak poniżej:
Jak widać Gedaniści prezentowali się godnie, w eleganckich strojach, a zawsze także na takie wyjazdy zabierali podarunku. Tu widoczna jest grafika (?) prezentująca chyba Ratusz Głównego Miasta widoczny ze znanej perspektywy Długie Targu.
Kontakty z drużynami polskimi były ważne nie tylko od strony propagandowej, ale także sportowej. Drużyny polskie grały lepiej niż gdańskie, czy wschodniopruskie, z którymi na codzień rywalizowała Gedania, ale także prezentowały inny styl i wyższą kulturę gry. Gedaniści grali technicznie, krótkimi podaniami, byli znani z gry kombinacyjnej, a niemieckie drużyny ligowe wręcz przeciwnie. Kontakt z polskimi drużynami dawał szansę na rozwój takiego właśnie stylu gry. O wizycie w Warszawia w kwietniu 1933 r. pisałem już w tym miejscu. Serce jednak rośnie, kiedy patrzy się na taki tytuł, jak poniżej:
A poza wszystkim, chętnie spróbowałbym kakao owsianego do Wedla :)
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Ku pamięci
Cały czas ukazują się recenzje, publikowane są wywiady. Zbieram je w jednym miejscu, nie żeby się napawać (sodówka nie grozi!), ale dla dokumentacji:
1. Recenzja na portalu historia.org.pl - http://historia.org.pl/2016/01/06/ks-gedania-klub-gdanskich-polakow-1922-1953-j-trupinda-recenzja/
2. Wywiad dla Radia Plus - http://wydawnictwooskar.pl/o-ks-gedanii-slow-kilka-w-radiu-plus/
3. Wywiad dla Miastokultury.pl - http://www.miastokultury.pl/gdanscy-kolumbowie-sportowcy-w-sluzbie-polskosci-rozmowa-z-januszem-trupinda/
4. Wywiad dla Gdańskiej Strefy Prestiżu - http://www.gdanskstrefa.com/ks-gedania-wywiad-z-autorem/
5. Audycja w Radio Gdańsk:
1. Recenzja na portalu historia.org.pl - http://historia.org.pl/2016/01/06/ks-gedania-klub-gdanskich-polakow-1922-1953-j-trupinda-recenzja/
2. Wywiad dla Radia Plus - http://wydawnictwooskar.pl/o-ks-gedanii-slow-kilka-w-radiu-plus/
3. Wywiad dla Miastokultury.pl - http://www.miastokultury.pl/gdanscy-kolumbowie-sportowcy-w-sluzbie-polskosci-rozmowa-z-januszem-trupinda/
4. Wywiad dla Gdańskiej Strefy Prestiżu - http://www.gdanskstrefa.com/ks-gedania-wywiad-z-autorem/
5. Audycja w Radio Gdańsk:
wtorek, 12 stycznia 2016
Bierzemy ołóweczek i ... (2)
Miałem ostatnio przyjemność spotkać się z synem i wnuczką człowieka, którego w książce określiłem mianem "Budnik - lekkoatleta". Pani Magda i Pan Edward przyszli z materiałami, dzięki którym możemy już napisać, że Franciszek Budnik urodził się 27.08.1910 w Sopocie. Jego żoną była Wiktoria, a dziećmi: Wanda (1935), Edward (1937), Marianna (1938). Po wybuchu wojny trafił do Victoria-Schule, a później do KL Stutthoff, skąd został zwolniony. Później przyszło powołanie do Wehrmachtu (1. 04.1941) i brak wieści. Rodzina dotarła jednak do odpowiedzi na pytanie o los Franciszka, który nie powrócił z wojny. Został zwolniony z wojska 21.05.1942, ale w "gorącym" dla III Rzeszy czasie trafił tam ponownie 1.05.1944 r. i został wysłany na front wschodni. Zmarł w niewoli rosyjskiej 19.05.1945 r. Jego rodzina, w tym mój gość - Pan Edward - została wyrzucona ze swojego mieszkania i wywieziona do Niemiec na tzw. roboty. Los podobny do wielu polskich rodzin. Dzięki moim gościom uzyskałem też szereg informacji o "karierze" sportowej Franciszka Budnika. Zachowały się jego medale, także te za udział w zawodach.
Bardzo się cieszę, że "Budnik-lekkoatleta" ożył i możemy książkę uzupełnić o jego biogram. Serdecznie dziękuję Pani Magdzie i Panu Edwardowi za spotkanie. Było mi bardzo miło!
Bardzo się cieszę, że "Budnik-lekkoatleta" ożył i możemy książkę uzupełnić o jego biogram. Serdecznie dziękuję Pani Magdzie i Panu Edwardowi za spotkanie. Było mi bardzo miło!
środa, 6 stycznia 2016
Tupek i zdjęcia
Aleksander Tupalski (1900-1980, jedna z gwiazd występujących w "Gedanii" i to gwiazd światowego formatu. Hokeista i piłkarz, w obu dyscyplinach reprezentant Polski. W Gdańsku studiował na Politechnice Gdańskiej i w tym czasie (1930-1934) grał w polskim klubie. Poniżej zdjęcie z 1924, jeszcze w barwach "Polonii" Warszawa (pierwszy z lewej). Zdjęcia bardzo cenne, bo zachowało się bardzo niewiele fotografii tego znakomitego zawodnika.
Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego
No właśnie, zdjęcia. Otrzymuję wiele głosów, że zdjęcia w książce są fantastyczne, ale zbyt małe. Do tego książkowy papier nie sprzyja ich czytelności. Coś za coś. W książce znajduje się aż 110 fotografii. Ze względu na rozmiar publikacji muszą być małych rozmiarów, choć rzeczywiście serce boli, bo większość to perełki. Mam ich dużo więcej. Stąd pojawił się pomysł albumu, w którym można by było zreprodukować je w odpowiedniej wielkości. Tylko zdjęcia i opis do nich. Nie wiem jednak, czy znajdzie się wydawca, bo:
- albumów jest wiele na rynku
- trzeba poczekać, aż sprzeda się książka, żeby nie konkurowała z albumem
- koszt wyprodukowania jest większy niż książki itd.
Dlatego, jeśli to zrobię, a mam wielką ochotę, to sam, korzystając z serwisu finansowania społecznościowego, np. kicksterter.com lub polakpotrafi.pl Zasad ich działania jest prosta. jest projekt i są osoby zainteresowane jego realizacją. Wspomagają jego budżet drobnym datkiem w zamian za określone przywileje, zależne od wysokości ofiarowanej kwoty. Album traktowałby o Gedanii, Gedanistach i ich rodzinach. Byłby więc dopełnieniem i uzupełnieniem książki. W tej chwili rozpoznaję zapotrzebowanie i własne możliwości. Czy ktoś z Państwa wsparłby taki projekt? Pytam absolutnie wstępnie. Jeżeli tak, to proszę zostawić ślad w komentarzu (anonimowo i niezobowiązująco) lub "lajknąć" pod postem na Facebooku. Pomoże mi to w kalkulowaniu całości. Pozdrawiam noworocznie :)
niedziela, 3 stycznia 2016
Bierzemy ołóweczek i ... (1)
Zapowiadałem, że niniejszy blog, który towarzyszył powstawaniu książki zmieni swój charakter i będzie forum uzupełniania informacji, wyjaśniania niektórych kwestii, tudzież poprawiania pomyłek. Chciałbym, aby każdy, kto posiada książkę mógł ją sobie na bieżąco uzupełniać, o ile oczywiście zechce. To pierwsze tak obszerne ujęcie historii klubu i z tego względu mogły się tu znaleźć luki i nieścisłości, które na bieżąco będziemy wspólnie korygowali. Dziękuję tym z Państwa, którzy zechcieli się ze mną już skontaktować (i z którymi jestem już umówiony), po promocji książki mam kilka numerów telefonów, których nie zawaham się użyć. Wszystko po to, aby korygować i uzupełniać treść książki. Jak wielokrotnie mówiłem i pisałem, jestem przekonany że wkrótce (tzn. najszybciej za jakieś dwa lata) przygotujemy nowe wydanie, poprawione i uzupełnione. Dlatego nieustająco proszę o kontakt i zgłaszanie pytań, wątpliwości i uzupełnień. Na pewno nie będę w stanie umieścić na blogu wszystkich uzyskanych informacji, ale wiele na pewno. Wszystkie tego typu informacje publikować będę pod widocznym u góry tytułem.
Na początek, a jakże, piłka nożna i część statystyczna, która wymaga jeszcze uporządkowania. Zaprezentowane tam wyniki podzielono są na sezony. Początkowo nie chciałem tego robić, bo przynajmniej do 1933 r. jest to podział dość umowny i zawiły. Wyniki podane ciągiem nie wyglądają jednak za dobrze, postanowiłem je więc choć z grubsza posegregować. Uważny czytelnik dostrzeże jednak, że ów podział nie za bardzo zgadza się z tekstem. Dlaczego? Otóż, sprawa nie jest prosta i wiąże się ze skomplikowanym systemem rozgrywek o piłkarskie mistrzostwo Niemiec, których Gedania stała się częścią po awansie do najwyższej gdańskiej klasy rozgrywek w końcu 1928 r. W Gdańsku była to elita, ale w systemie ogólnopaństwowym wygranie ligi stanowiło zaledwie pierwszy szczebel w rywalizacji. System był bardzo rozbudowany i kilkukrotnie modyfikowany. Zwycięzca ligi gdańskiej przystępował do rywalizacji o tytuł mistrza Bałtyjskiego Związku Sportowego (Baltischer Rasen- und Wintersport Verband, od 1927 r. Baltischer Sport Verband). Obejmował on Prusy Wschodnie i Zachodnie, Gdańsk, Okręg Kłajpedy i Pomorze Zachodnie. Rozgrywki toczyły się systemem każdy z każdym, mecz i rewanż. Dwa najlepsze zespoły "Bałtyjskiego Związku Sportowego" przystępowały do rozgrywek centralnych. Wszystko to trwało półtora roku kalendarzowego, a nawet dwa lata! W sezonie 1930/31, kiedy Gedania odniosła pierwszy sukces w Lidze Gdańskiej i zakwalifikowała się do rozgrywek w regionie system został rozbudowany i tak, jak wcześniej awans uzyskiwał tylko mistrz Wolnego Miasta, tak od tego sezonu dwa najlepsze zespoły. Ten sezon Gedania rozpoczęła we wrześniu 1929 roku(!), a chodzi o sezon 1930/31. Żeby było ciekawiej, to jeszcze w trakcie trwania rozgrywek poprzedniego sezonu, rozpoczynał się sezon następny. Stąd mecz ze SV Graf Schwerin Deutsch Krone, czyli z zespołem z Wałcza, rozgrywany we wrześniu 1930 r. należałoby zaliczyć do sezonu 1930/31, choć już sierpniu Gedania rozegrała pierwszy mecz Ligi Gdańskiej sezonu 1931/32. W części statystycznej mecz ten można znaleźć już w następnym sezonie, w ujęciu chronologicznym. Na wyjaśnienie tych zawiłości, dotyczących rozgrywek w jednej tylko, choć najpopularniejszej dyscypliny sportu nie starczyło miejsca w i tak obszernej książce. Dla jasności postaram się przedstawić w tym miejscu i w najbliższym czasie gdańskie i bałtyjskie rozgrywki piłkarskie od strony statystycznej. Tymczasem trzeba skorygować kilka chochlików redakcyjnych, które zakradły się do części statystycznej z opisanych wyżej powodów:
na s. 389 - sezon 1930/31 zaczyna się towarzyskim meczem z Ruchem Wielkie Hajduki 18.08.1929 r.
na s. 391 - zamiast 1930/31 wpisujemy 1931/32, podobnie na s. 392 - zamiast 1931/32 - 1932/33. A wracając jeszcze na s. 389 wpisać trzeba wynik: 9.07.1929 Zoppotterkurverwaltung Pokal Gedania - 1919 Neufahrwasser 5:2. Poprawki dotyczą tylko części statystycznej i mają charakter kosmetyczny, bowiem w tekście wszystko jest w porządku.
Na początek, a jakże, piłka nożna i część statystyczna, która wymaga jeszcze uporządkowania. Zaprezentowane tam wyniki podzielono są na sezony. Początkowo nie chciałem tego robić, bo przynajmniej do 1933 r. jest to podział dość umowny i zawiły. Wyniki podane ciągiem nie wyglądają jednak za dobrze, postanowiłem je więc choć z grubsza posegregować. Uważny czytelnik dostrzeże jednak, że ów podział nie za bardzo zgadza się z tekstem. Dlaczego? Otóż, sprawa nie jest prosta i wiąże się ze skomplikowanym systemem rozgrywek o piłkarskie mistrzostwo Niemiec, których Gedania stała się częścią po awansie do najwyższej gdańskiej klasy rozgrywek w końcu 1928 r. W Gdańsku była to elita, ale w systemie ogólnopaństwowym wygranie ligi stanowiło zaledwie pierwszy szczebel w rywalizacji. System był bardzo rozbudowany i kilkukrotnie modyfikowany. Zwycięzca ligi gdańskiej przystępował do rywalizacji o tytuł mistrza Bałtyjskiego Związku Sportowego (Baltischer Rasen- und Wintersport Verband, od 1927 r. Baltischer Sport Verband). Obejmował on Prusy Wschodnie i Zachodnie, Gdańsk, Okręg Kłajpedy i Pomorze Zachodnie. Rozgrywki toczyły się systemem każdy z każdym, mecz i rewanż. Dwa najlepsze zespoły "Bałtyjskiego Związku Sportowego" przystępowały do rozgrywek centralnych. Wszystko to trwało półtora roku kalendarzowego, a nawet dwa lata! W sezonie 1930/31, kiedy Gedania odniosła pierwszy sukces w Lidze Gdańskiej i zakwalifikowała się do rozgrywek w regionie system został rozbudowany i tak, jak wcześniej awans uzyskiwał tylko mistrz Wolnego Miasta, tak od tego sezonu dwa najlepsze zespoły. Ten sezon Gedania rozpoczęła we wrześniu 1929 roku(!), a chodzi o sezon 1930/31. Żeby było ciekawiej, to jeszcze w trakcie trwania rozgrywek poprzedniego sezonu, rozpoczynał się sezon następny. Stąd mecz ze SV Graf Schwerin Deutsch Krone, czyli z zespołem z Wałcza, rozgrywany we wrześniu 1930 r. należałoby zaliczyć do sezonu 1930/31, choć już sierpniu Gedania rozegrała pierwszy mecz Ligi Gdańskiej sezonu 1931/32. W części statystycznej mecz ten można znaleźć już w następnym sezonie, w ujęciu chronologicznym. Na wyjaśnienie tych zawiłości, dotyczących rozgrywek w jednej tylko, choć najpopularniejszej dyscypliny sportu nie starczyło miejsca w i tak obszernej książce. Dla jasności postaram się przedstawić w tym miejscu i w najbliższym czasie gdańskie i bałtyjskie rozgrywki piłkarskie od strony statystycznej. Tymczasem trzeba skorygować kilka chochlików redakcyjnych, które zakradły się do części statystycznej z opisanych wyżej powodów:
na s. 389 - sezon 1930/31 zaczyna się towarzyskim meczem z Ruchem Wielkie Hajduki 18.08.1929 r.
na s. 391 - zamiast 1930/31 wpisujemy 1931/32, podobnie na s. 392 - zamiast 1931/32 - 1932/33. A wracając jeszcze na s. 389 wpisać trzeba wynik: 9.07.1929 Zoppotterkurverwaltung Pokal Gedania - 1919 Neufahrwasser 5:2. Poprawki dotyczą tylko części statystycznej i mają charakter kosmetyczny, bowiem w tekście wszystko jest w porządku.
środa, 30 grudnia 2015
Jeszcze jeden wywiadzik :)
Wielkie dzięki dla niezmordowanego Redaktora, który historię sportu popiera i robi w tym zakresie fantastyczną robotę. Przykładem jest ostatni tekst o Franciszku Wicińskim, bramkarzu Gryfa Toruń w miesięczniku "Nasza Historia". Jak tylko z grudnia 2015 r. zejdzie ze sprzedaży, pozwolę sobie zeskanować i umieścić, bo wart jest tego. Zrobię to z tym większą satysfakcją, że mam w jego powstaniu swój udział.
czwartek, 17 grudnia 2015
Wycinek i zaproszenie
Z kronikarskiego obowiązku zamieszczam link do wywiadu, jaki ukazał się w ostatni poniedziałek w "Dzienniku Bałtyckim" - https://drive.google.com/file/d/0B0kwdaJ6GyC9dDVLanBOOXllZm8/view?usp=sharing
Jednocześnie zapraszam nieustająco na jutrzejsze spotkanie. Będzie mi bardzo miło!
Jednocześnie zapraszam nieustająco na jutrzejsze spotkanie. Będzie mi bardzo miło!
piątek, 4 września 2015
Przytłoczony korektą...
Przytłoczony korektą bardzo zaniedbałem bloga. Bardzo wdzięczny jestem, że są tacy, którzy nieco mnie odciążają. Fragment książki o "Gedanii" ukazał się właśnie w "Naszej Historii", a jej wydanie planowane jest na październik. Zeskanowany artykuł (choć zachęcam do kupienia całego, bardzo interesującego miesięcznika) zamieszczony został tutaj - http://bowke.eu/ Przyjemnej lektury i ...wracam do korekty :)
wtorek, 7 lipca 2015
Historia małego wycinka
Malutki skrawek papieru, wygrzebany gdzieś "w śmieciach", jak zwykł mawiać życzliwy Kolega M., pamiętający o mojej sportowej miłości. Oto on:
To ogłoszenie o meczu bokserskim rozegranym 22 kwietnia, o godz. 20. Nie ma podanego roku, ale z innych źródeł wiem, że został rozegrany w roku 1932. Oto zapis tego spotkania:
22.04.1932 Towarzyski Gedania – Amateur Box Club (dawny Punching) Danzig 10:6
Zieliński – Jacobs 1:1; Wyszecki – Gollke 3:1; Jaskółkowski – Wegner 5:1; Bianga – Karbowski 7:1; Hirsz – Wessel 7:3; Neuman – Norden 7:5; Meller – Koss 8:6; Hanske – Kratzenstein 10:6. W dwóch walkach pokazowych triumfowali bokserzy Amateur Box: Ziebel pokonał Chmielickiego (Gedania), a Grabowski pokonał Augustina (Gedania)
Mecz został rozegrany w Werfstpeisehaus, hali stoczniowej położonej w przy Lisiej Grobli 6. To obiekt zbudowany w 1907 jako jadłodajnia dla pracowników stoczniowych. Co ciekawe, znajdująca się tam sala była wykorzystywana także do wystawiania spektakli teatralnych. Więcej o tym fantastycznym i nieistniejącym już obiekcie tutaj.
A jak wyglądała? Proszę bardzo:
Wycinek zawiera jeszcze bardzo ciekawe informacje na temat cen biletów. Miejsce przy ringu kosztowało 1, 50 Gulden, siedzące dalsze 1,25, a stojące 0,75. Mówimy o cenie w przedsprzedaży. Kupione w kasie przed meczem drożały o 0,25 G. Ciekawostką są bilety dla uczniów i bezrobotnych w cenie 0,50 G.
Z czym porównać przedstawione wyżej ceny? Mam taką sprawdzoną metodę, która pozwala mi obrazować sobie skalę wydatków w różnych epokach i krajach. Podstawą jest dla mnie cena kilogramowego bochenka chleba. Według Henryka Stępniaka chleb kosztował w w ówczesnym Gdańsku 0, 30 Guldena, tak więc najdroższy bilet kupiony tuż przed meczem to wydatek rzędu sześciu bochenków. Uczeń i bezrobotny wchodził za 1,5 bochenka. Jeżeli przeliczymy to według dzisiejszej ceny chleba, dajmy na to 3 zł, to otrzymamy: 18 zł za najdroższe bilety i 5 zł za najtańsze. Mam wrażenie, że było taniej :)
środa, 24 czerwca 2015
Gdzie są nasi bohaterowie?
“W Gdańsku jest moje serce, to moje strony rodzinne. Również za czasów niemieckich miasto nad Motławą było dla mnie miejscem urodzenia, ojczyzną, polskim krajem rodzinnym, przeciwieństwem obczyzny. To uczucie do ziemi rodzinnej nie zmieniło się również wtedy, gdy naziście i później staliniści wykorzystywali to miasto dla swoich niecnych celów. Gdańsk to przecież nie tylko ulice, place i domy, to także moi rodzice, siostry, dziadkowie […] To było moje gniazdo rodzinne i tak zapewne pozostanie na zawsze”.
Tak kończy się książka Dietera Schenka “Jak pogoniłam Hitlera”, czyli opowieść o życiu Budzimy Wojtalewicz. Nie pisałem w tym miejscu o jej niedawnej śmierci, nie wspominałem ostatniej rocznicy urodzin - nie byłem w stanie. Zbyt świeże wspomnienia. Choć na pewno to błąd. Bo jej śmierć przeszła praktycznie niezauważona, a dorobek życia pewnie szybko ulegnie zapomnieniu. Od nas tylko zależy czy tak właśnie się stanie.
Budka przyszła mi na myśl, kiedy przechodząc ostatnio obok budynku Poczty Polskiej w Gdańsku i trzech znajdujących się tam pomników zobaczyłem na murze malunek, podpisany przez kibiców (Ultras) gdańskiej “Lechii”.
Pomijając już kwestie estetyczne i wątpliwości odnośnie zdobienia w ten sposób murów miasta zastanowiło mnie (po raz kolejny zresztą) zjawisko czci oddawanej bohaterom walczącym pod znakiem “Polski Walczącej”, głownie żołnierzom Powstania Warszawskiego, konspiracji niepodległościowej, czy żołnierzom wyklętym. To piękne zjawisko, a naturalnym jest, że potrzebujemy w życiu takich drogowskazów, wzorców osobowych. Zawsze jednak zastanawiam się, dlaczego nie ma malowideł na murach, znaczków, koszulek z hasłami oddającymi hołd naszym, gdańskim bohaterom? Obrońcom Westerplatte, Poczty Polskiej, polskim harcerzom, czy … sportowcom? Byli tu, działali, złożyli ofiarę swojego życia i krwi. A jednak pozostają w zapomnieniu. Dlaczego? Odpowiedź jest chyba jedna - zbyt mało o nich mówimy, mało popularyzujemy ich życiorysy. Popełniamy ten sam błąd, co ja w przypadku Budzimiry. Przeciętnemu młodemu gdańszczaninowi są po prostu nie znani. Winę za to ponosimy my wszyscy, którzy zawodowo zajmujemy się badaniem przeszłości.
Mówiąc ostatnio na AWF-ie o Jerzym Piotrowskim podkreślałem zwyczajność jego życia. Nie był powstańcem, ani żołnierzem wyklętym, nie został zamordowany, anie nie zginął. Działał jednak przed wojną w polskiej organizacji dywersyjnej i został aresztowany już 24 sierpnia 1939 r., w związku z ze słynną akcją przechwycenia wagonu z uzbrojeniem jadącego na Westerplatte. Przeżył Stutthof, a jego życie powojenne było zupełnie zwyczajne. Kiedy jednak pogrzebać trochę w źródłach, to wyłania się z nich postać zupełnie niezwyczajna. Mistrz i reprezentant Wolnego Miasta w hokeju na lodzie, a jednocześnie wielki społecznik i artysta. Do końca życia tworzył i działał dla innych. Udało mi się nawet znaleźć jego autograf, o osobistych pamiątkach w postaci choćby świadectwa szkolnego z Gimnazjum Polskiego nie wspominając. Materiały więc są, potrzeba trochę wysiłku.
Nie będę pisał więcej o Piotrowskim, bowiem wkrótce zostanie to opublikowane w materiałach pokonferencyjnych i nie ma sensu dublować informacji. Warto jednak zastanowić się, ilu takich wyjątkowych postaci mieliśmy w Gdańsku? Ilu sportowców o fantastycznych życiorysach? Możecie mi wierzyć, że wielu. To są nasi bohaterowie, których czas wykreować, nie zapominając oczywiście o bohaterach spod znaku “Polski walczącej”. Akurat Budzimira była związana z Armią Krajową, brała udział w Powstaniu Warszawskim, a jednocześnie pozostała bardzo nasza, gdańska. Dlatego dzieło ultrasów “Lechii” odnoszę do niej - “Cześć i chwała bohaterom”!
Tak kończy się książka Dietera Schenka “Jak pogoniłam Hitlera”, czyli opowieść o życiu Budzimy Wojtalewicz. Nie pisałem w tym miejscu o jej niedawnej śmierci, nie wspominałem ostatniej rocznicy urodzin - nie byłem w stanie. Zbyt świeże wspomnienia. Choć na pewno to błąd. Bo jej śmierć przeszła praktycznie niezauważona, a dorobek życia pewnie szybko ulegnie zapomnieniu. Od nas tylko zależy czy tak właśnie się stanie.
Budka przyszła mi na myśl, kiedy przechodząc ostatnio obok budynku Poczty Polskiej w Gdańsku i trzech znajdujących się tam pomników zobaczyłem na murze malunek, podpisany przez kibiców (Ultras) gdańskiej “Lechii”.
Pomijając już kwestie estetyczne i wątpliwości odnośnie zdobienia w ten sposób murów miasta zastanowiło mnie (po raz kolejny zresztą) zjawisko czci oddawanej bohaterom walczącym pod znakiem “Polski Walczącej”, głownie żołnierzom Powstania Warszawskiego, konspiracji niepodległościowej, czy żołnierzom wyklętym. To piękne zjawisko, a naturalnym jest, że potrzebujemy w życiu takich drogowskazów, wzorców osobowych. Zawsze jednak zastanawiam się, dlaczego nie ma malowideł na murach, znaczków, koszulek z hasłami oddającymi hołd naszym, gdańskim bohaterom? Obrońcom Westerplatte, Poczty Polskiej, polskim harcerzom, czy … sportowcom? Byli tu, działali, złożyli ofiarę swojego życia i krwi. A jednak pozostają w zapomnieniu. Dlaczego? Odpowiedź jest chyba jedna - zbyt mało o nich mówimy, mało popularyzujemy ich życiorysy. Popełniamy ten sam błąd, co ja w przypadku Budzimiry. Przeciętnemu młodemu gdańszczaninowi są po prostu nie znani. Winę za to ponosimy my wszyscy, którzy zawodowo zajmujemy się badaniem przeszłości.
Mówiąc ostatnio na AWF-ie o Jerzym Piotrowskim podkreślałem zwyczajność jego życia. Nie był powstańcem, ani żołnierzem wyklętym, nie został zamordowany, anie nie zginął. Działał jednak przed wojną w polskiej organizacji dywersyjnej i został aresztowany już 24 sierpnia 1939 r., w związku z ze słynną akcją przechwycenia wagonu z uzbrojeniem jadącego na Westerplatte. Przeżył Stutthof, a jego życie powojenne było zupełnie zwyczajne. Kiedy jednak pogrzebać trochę w źródłach, to wyłania się z nich postać zupełnie niezwyczajna. Mistrz i reprezentant Wolnego Miasta w hokeju na lodzie, a jednocześnie wielki społecznik i artysta. Do końca życia tworzył i działał dla innych. Udało mi się nawet znaleźć jego autograf, o osobistych pamiątkach w postaci choćby świadectwa szkolnego z Gimnazjum Polskiego nie wspominając. Materiały więc są, potrzeba trochę wysiłku.
Nie będę pisał więcej o Piotrowskim, bowiem wkrótce zostanie to opublikowane w materiałach pokonferencyjnych i nie ma sensu dublować informacji. Warto jednak zastanowić się, ilu takich wyjątkowych postaci mieliśmy w Gdańsku? Ilu sportowców o fantastycznych życiorysach? Możecie mi wierzyć, że wielu. To są nasi bohaterowie, których czas wykreować, nie zapominając oczywiście o bohaterach spod znaku “Polski walczącej”. Akurat Budzimira była związana z Armią Krajową, brała udział w Powstaniu Warszawskim, a jednocześnie pozostała bardzo nasza, gdańska. Dlatego dzieło ultrasów “Lechii” odnoszę do niej - “Cześć i chwała bohaterom”!
Etykiety:
Budzimira,
Gdańsk,
graffiti,
kibice,
Lechia,
pamięć,
Piotrowski,
Poczta Polska,
Polska Walcząca,
ultras,
Westerplatte,
Wojtalewicz,
Wolne Miasto Gdańsk
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Infrastruktura sportowa w Wolnym Mieście
Długo mnie nie było, za co bardzo przepraszam, ale mnóstwo zobowiązań i terminów oraz, co najważniejsze, przygotowanie tekstu książki i jego redakcja. Na szczęście jestem już prawie od niego odcięty, bowiem, jak wiadomo, autor do końca chętnie zmienia, poprawia, uzupełnia. Mam oczywiście to samo i jeżeliby mi na to pozwolić, to książka nie ukazałaby się nigdy. A tak, termin wrześniowy jest ciągle realny. Tyle tytułem wytłumaczenia.
W zeszłym tygodniu uczestniczyłem także w konferencji, jak odbyła się w gdańskiej Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu. Nosiła tytuł “Sportowcy uwikłani w historię”. Przybliżyłem jednego ze “swoich”, czyli Gedanistę Jerzego Piotrowskiego, boksera i hokeistę, reprezentanta i mistrza Wolnego Miasta w składzie “Gedanii” oczywiście. To przykład biografii jednego tylko ze sportowców, którzy znajdują się w “czarnej dziurze niepamięci”. Gdańskiego sportu bowiem tak naprawdę się nie bada. Na palcach jednej ręki mogę policzyć kolegów, którzy prowadzą badania, na ogół jednak na marginesie innych zainteresowań. Okazuje się, że jeżeli pogrzebać, to można wiele znaleźć. Wyniki tych moich poszukiwań mają zostać opublikowane. Jako, że wiem, gdzie mój bohater mieszka, to może wówczas, z publikacją w ręku, odważę się zapukać. Może spotkam krewnych? Chciałem to zrobić przed konferencją, ale … już pisałem w tym miejscu, że coś powstrzymuje mnie przed wchodzeniem z butami w czyjeś życie.
Świat sportu w Wolnym Mieście fascynuje mnie nieodmiennie. Im bardziej go odkrywam, tym jestem ciekawszy. Poziom sportu w przedwojennym Gdańsku nie był wysoki, ale liczba klubów, towarzystw i sportowców jest zdumiewająca. Także infrastruktura sportowa budzi nasz podziw. Bo oto w 1930 r. w Wolny Mieście Gdańsku znajdowało się (w nawiasach dane dla miasta Gdańska):
- 41 sal gimnastycznych (34)
- 12 basenów na wolnym powietrzu (5)
- 53 prowizoryczne boiska (12)
- 17 boisk sportowych (13)
- 52 korty tenisowe (36)
- 12 zimowe obiekty sportowe (9)
- 3 hale jeździeckie (2)
- 17 strzelnic małokalibrowych (5)
Z tej infrastruktury korzystało 220 klubów i organizacji sportowych (w mieście Gdańsk 150), z czego aż 118 młodzieżowych. Zarejestrowanych w nich było 39 200 zawodników.
Nie znam danych dzisiejszych, ale podane liczby muszą budzić szacunek. Widać z nich wyraźnie, że władze Wolnego Miasta postawiły na rozwój sportu, który miał swoje znaczenie militarne, ale przede wszystkim zdrowotne i społeczne. Na tym tle z podobną atencją należy patrzeć na osiągnięcia “Gedanii”, która dopiero w połowie lat trzydziestych zyskała porównywalne warunki do uprawiania sportu, co zawodnicy niemieccy.
W zeszłym tygodniu uczestniczyłem także w konferencji, jak odbyła się w gdańskiej Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu. Nosiła tytuł “Sportowcy uwikłani w historię”. Przybliżyłem jednego ze “swoich”, czyli Gedanistę Jerzego Piotrowskiego, boksera i hokeistę, reprezentanta i mistrza Wolnego Miasta w składzie “Gedanii” oczywiście. To przykład biografii jednego tylko ze sportowców, którzy znajdują się w “czarnej dziurze niepamięci”. Gdańskiego sportu bowiem tak naprawdę się nie bada. Na palcach jednej ręki mogę policzyć kolegów, którzy prowadzą badania, na ogół jednak na marginesie innych zainteresowań. Okazuje się, że jeżeli pogrzebać, to można wiele znaleźć. Wyniki tych moich poszukiwań mają zostać opublikowane. Jako, że wiem, gdzie mój bohater mieszka, to może wówczas, z publikacją w ręku, odważę się zapukać. Może spotkam krewnych? Chciałem to zrobić przed konferencją, ale … już pisałem w tym miejscu, że coś powstrzymuje mnie przed wchodzeniem z butami w czyjeś życie.
Świat sportu w Wolnym Mieście fascynuje mnie nieodmiennie. Im bardziej go odkrywam, tym jestem ciekawszy. Poziom sportu w przedwojennym Gdańsku nie był wysoki, ale liczba klubów, towarzystw i sportowców jest zdumiewająca. Także infrastruktura sportowa budzi nasz podziw. Bo oto w 1930 r. w Wolny Mieście Gdańsku znajdowało się (w nawiasach dane dla miasta Gdańska):
- 41 sal gimnastycznych (34)
- 12 basenów na wolnym powietrzu (5)
- 53 prowizoryczne boiska (12)
- 17 boisk sportowych (13)
- 52 korty tenisowe (36)
- 12 zimowe obiekty sportowe (9)
- 3 hale jeździeckie (2)
- 17 strzelnic małokalibrowych (5)
Z tej infrastruktury korzystało 220 klubów i organizacji sportowych (w mieście Gdańsk 150), z czego aż 118 młodzieżowych. Zarejestrowanych w nich było 39 200 zawodników.
Nie znam danych dzisiejszych, ale podane liczby muszą budzić szacunek. Widać z nich wyraźnie, że władze Wolnego Miasta postawiły na rozwój sportu, który miał swoje znaczenie militarne, ale przede wszystkim zdrowotne i społeczne. Na tym tle z podobną atencją należy patrzeć na osiągnięcia “Gedanii”, która dopiero w połowie lat trzydziestych zyskała porównywalne warunki do uprawiania sportu, co zawodnicy niemieccy.
piątek, 17 kwietnia 2015
Dlaczego "Gedania" otrzymała swój stadion dopiero w 1957 r.?
Nie odzywałem się przez miesiąc, trochę w związku z nawałem pracy, ale przede wszystkim dlatego, że komputeropis książki trafił do recenzji. Nie chcąc zapeszać siedziałem więc cicho, udzielając się edukacyjnie, o czym m.in. można przeczytać tutaj. Recenzję (pozytywną!) otrzymałem tydzień temu, więc w przerwie we wprowadzaniu poprawek i skracaniu tekstu książki, wracam do pisania bloga. Przy okazji rozmów z prof. Markiem Andrzejewskim (czyli recenzentem) pojawiło się wiele interesujących kwestii związanych z „Gedanią”, jak i gdańskim sportem w ogóle. Rozmowy z Profesorem, wybitnym znawcą historii Wolnego Miasta Gdańska, a jednocześnie fanem piłki nożnej (jest autorem biografii Romana Korynta, czy Ferenca Puskasa) są ucztą duchową i stanowią wielką inspirację do stawiania nowych pytań. Jedną z takich kwestii jest historia stadionu przy dzisiejszej ul. Kościuszki tuż po wojnie. „Gedania” otrzymała go z powrotem dopiero w 1957 r. Wcześniej tułała się po całym mieście wynajmując rożne obiekty, chociaż była pierwszym klubem, który rozpoczął działalność po wojnie.
Jednym z powodów mogły być względy polityczne. Gedaniści, jako przedwojenni Polacy z Gdańska, nie byli tu mile widziani przez nowe władze. Uważani byli za mocno niepewnych ideologicznie. W związku z tym wygrywać mieli inni-nowe kluby tworzone pod egidą władzy ludowej. Oddanie „Gedanii” stadionu z nowoczesną jak na tamte czasy infrastrukturą obiektu mogło stworzyć podwaliny pod budowę mocnej pozycji klubu i jego supremacji w Gdańsku.
- Alternatywą do takiego wytłumaczenia jest niemożność oddania klubowi stadionu w sytuacji, kiedy po wojnie dawne pruskie koszary zaczęły po 1945 r. znowu pełnić swoją pierwotną funkcję. Stacjonowały tam wojska lądowe Ludowego Wojska Polskiego. Kwestii tej nie zdołaliśmy ostatecznie rozstrzygnąć. Może ktoś zna jakieś fakty, które pozwoliłyby odpowiedzieć na to pytanie?
Jednym z powodów mogły być względy polityczne. Gedaniści, jako przedwojenni Polacy z Gdańska, nie byli tu mile widziani przez nowe władze. Uważani byli za mocno niepewnych ideologicznie. W związku z tym wygrywać mieli inni-nowe kluby tworzone pod egidą władzy ludowej. Oddanie „Gedanii” stadionu z nowoczesną jak na tamte czasy infrastrukturą obiektu mogło stworzyć podwaliny pod budowę mocnej pozycji klubu i jego supremacji w Gdańsku.
- Alternatywą do takiego wytłumaczenia jest niemożność oddania klubowi stadionu w sytuacji, kiedy po wojnie dawne pruskie koszary zaczęły po 1945 r. znowu pełnić swoją pierwotną funkcję. Stacjonowały tam wojska lądowe Ludowego Wojska Polskiego. Kwestii tej nie zdołaliśmy ostatecznie rozstrzygnąć. Może ktoś zna jakieś fakty, które pozwoliłyby odpowiedzieć na to pytanie?
poniedziałek, 2 marca 2015
Gedania i wielka powódź roku 1934
W lipcu 1934 r. Polskę dotknął kataklizm potężnej powodzi. Deszcz padający intensywnie w dniach 13-17 lipca 1934 r. spowodował wystąpienie z brzegów rzek w dorzeczu Wisły i olbrzymie straty. Woda zalała 1260 km2, zginęło 55 osób, zostało uszkodzonych, a także zniszczonych 22 059 budynków, 167 km dróg, zerwanych 78 mostów, zostały też przerwane wały. Szkody oceniono na 60 300 tys. złotych przedwojennych (około 12 mln ówczesnych dolarów). Kataklizm odbił się szerokim echem w całej Europie. Do pomocy powodzianom dołączyła się także “Gedania”. Klub zorganizował mecz, z którego dochód przeznaczono na potrzeby poszkodowanych. Mecz rozegrano 23 września na stadionie “Gedanii”. Mimo bardzo złej pogody (jakżeby inaczej - padał ulewny deszcz), na trybunach zebrało się sporo widzów, przybyli oficjele z z referentem wychowania fizycznego przy gdańskim Senacie Barthoffem, senatorem Wiercińskim-Kaiserem oraz radcą Ziętkiewiczem na czele. Spotkanie od samego początku toczyło się pod dyktando reprezentantów Gdańska, którzy ostatecznie wygrali 4:2 (2:2). Drużyny wystąpiły w następujących składach:
Danzig: Buhl (1919) (od 45. Mix (Ostmark-Hansa)-Krämer (DSC), Schilling (1919)-Berg (DSC), Schmidt (1919), Huse (DSC); Mondry, Rebelowski, Götze (Preussen), Barthel, Kantowski (DSC). “Gedania”: Formella, Tischbein, Kłosowski, Kuntz, Schramke, Potrykus, Klein, Fallow, Keller, Piasecki, Weiss, Wilgorski II. Bramki zdobyli: Mondry, Barthel, Rebelowski, Götze - Keller, Piasecki.
Po zawodach wszyscy spotkali się w sympatycznej atmosferze na herbatce w świetlicy Związku Polaków, a mecz przyniósł dochód w wysokości 403,70 guldenów, co równało się mniej więcej tej samej kwocie w złotych.
Danzig: Buhl (1919) (od 45. Mix (Ostmark-Hansa)-Krämer (DSC), Schilling (1919)-Berg (DSC), Schmidt (1919), Huse (DSC); Mondry, Rebelowski, Götze (Preussen), Barthel, Kantowski (DSC). “Gedania”: Formella, Tischbein, Kłosowski, Kuntz, Schramke, Potrykus, Klein, Fallow, Keller, Piasecki, Weiss, Wilgorski II. Bramki zdobyli: Mondry, Barthel, Rebelowski, Götze - Keller, Piasecki.
Po zawodach wszyscy spotkali się w sympatycznej atmosferze na herbatce w świetlicy Związku Polaków, a mecz przyniósł dochód w wysokości 403,70 guldenów, co równało się mniej więcej tej samej kwocie w złotych.
poniedziałek, 23 lutego 2015
Hala targów
Właściwie to trzeba by przerwać pisanie i ruszyć na pomoc miejscom związanym z "Gedanią". Na naszych oczach ginie bowiem kolejne z takich miejsc - Gdańska Hala Targów, przy ul. Wałowej. Nie będę jej opisywał - odeślę do dwóch znakomitych tekstów Aleksa Masłowskiego:
http://ibedeker.pl/obiekty/gdanska-hala-targow-cz-i/
http://ibedeker.pl/obiekty/gdanska-hala-targow-cz-2/
A poniższe zdjęcia zrobiłem w ubiegły czwartek (zza płota - lepsze, dokumentujące rozbiórkę znaleźć można na trojmiasto.pl). Miałem okazję niedawno, dzięki uprzejmości nowego właściciela terenu i grupy przyjaciół wejść do hali, porobić zdjęcia. Byłem porażony jej pięknem - cudowna drewniana konstrukcja, która po konserwacji stanowiłaby wielką atrakcję tej części miasta. I ta przestrzeń, klimat - niemal widziałem tam oświetlony ring bokserski, czy matę zapaśniczą, a w ciemności zgromadzonych kibiców, których zawsze było dużo. Szybko wykonywane zdjęcia nie mogą tego niestety oddać, zwłaszcza, że był to już czas tuż przed rozbiórką i pełno stało tam różnych rupieci. Szkoda, to mało powiedziane.
http://ibedeker.pl/obiekty/gdanska-hala-targow-cz-i/
http://ibedeker.pl/obiekty/gdanska-hala-targow-cz-2/
A poniższe zdjęcia zrobiłem w ubiegły czwartek (zza płota - lepsze, dokumentujące rozbiórkę znaleźć można na trojmiasto.pl). Miałem okazję niedawno, dzięki uprzejmości nowego właściciela terenu i grupy przyjaciół wejść do hali, porobić zdjęcia. Byłem porażony jej pięknem - cudowna drewniana konstrukcja, która po konserwacji stanowiłaby wielką atrakcję tej części miasta. I ta przestrzeń, klimat - niemal widziałem tam oświetlony ring bokserski, czy matę zapaśniczą, a w ciemności zgromadzonych kibiców, których zawsze było dużo. Szybko wykonywane zdjęcia nie mogą tego niestety oddać, zwłaszcza, że był to już czas tuż przed rozbiórką i pełno stało tam różnych rupieci. Szkoda, to mało powiedziane.
| Fot. M. Grus |
| Fot. M. Grus |
niedziela, 15 lutego 2015
Sztandar
Historia “Gedanii” rozpoczynała się trzy razy: w 1922 r. (założenie klubu), 1945 r. (reaktywacja po II wojnie światowej) i w 1956 r. (reaktywacja po stalinowskiej reformie sportu, w trakcie której klub został praktycznie rozczłonkowany). To ważne daty, ale taką był też rok 1972. Uroczyście obchodzono wówczas 50-lecie klubu. Jedną z materialnych pozostałości po jubileuszu jest ufundowany wtedy sztandar. Był eksponowany w Ratuszu Głównego Miasta na wystawie w 2012 r. - widać go na zdjęciu z prawej strony. Aktualnie jest przechowywany w tymczasowej siedzibie “Gedanii” S.A. Warto przypomnieć listę jego fundatorów, czyli ludzi związanych z “Gedanią” i zainteresowanych kultywowaniem klubowych tradycji. Przez ten piękny gest sami stali się już jej częścią.
1. Roman Wyrobek
2. Brunon Zwarra
3. Jakub Bawelski
4. Edmund Matuszak
5. Stefan Grabowski
6. Klemens Kurowski
7. Roman Bellwon
8. Jan Biłyk
9. Zygfryd Suwała
10. Stefan Kozłowski
11. Jan Mienik
12. Franciszek Domaszke
13. Jan Kurowski
Fundatorzy to w większości przedwojenni Gedaniści, którzy dobrze zdawali sobie sprawę z konieczności posiadania znaku, który będzie łączył nie tylko aktualnych członków klubu. W związku z porwaną historią "Gedanii" miał on także łączyć teraźniejszość z przeszłością, uważaną po wojnie za chwalebną, ale ... nie wartą specjalnie eksponowania. Dlaczego? To długa historia, którą opisuję szeroko w książce, a i w tym miejscu pewnie jeszcze nie raz przedstawię. A pierwszy sztandar "Gedanii" przepadł w zawierusze wojennej, najprawdopodobniej został zniszczony przez hitlerowców.
1. Roman Wyrobek
2. Brunon Zwarra
3. Jakub Bawelski
4. Edmund Matuszak
5. Stefan Grabowski
6. Klemens Kurowski
7. Roman Bellwon
8. Jan Biłyk
9. Zygfryd Suwała
10. Stefan Kozłowski
11. Jan Mienik
12. Franciszek Domaszke
13. Jan Kurowski
Fundatorzy to w większości przedwojenni Gedaniści, którzy dobrze zdawali sobie sprawę z konieczności posiadania znaku, który będzie łączył nie tylko aktualnych członków klubu. W związku z porwaną historią "Gedanii" miał on także łączyć teraźniejszość z przeszłością, uważaną po wojnie za chwalebną, ale ... nie wartą specjalnie eksponowania. Dlaczego? To długa historia, którą opisuję szeroko w książce, a i w tym miejscu pewnie jeszcze nie raz przedstawię. A pierwszy sztandar "Gedanii" przepadł w zawierusze wojennej, najprawdopodobniej został zniszczony przez hitlerowców.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Pogadanka (2)
Obecnie poza całym szeregiem wyjazdów do Kraju na zawody w różnych odłamach sportu, wydział piłkarski Gedanii rozgrywa swoje punktowe spotkania o tytuł “Mistrza Okręgu Gdańsko-Wschodnio-Pruskiego” na terenie niemieckim w Prusach Wschodnich n.p. w Królewcu, Elblągu, Kwidzyniu, Olsztynie i.t.d. gdzie frekwencja publiczności na meczach ligowych jest b. duża a fakt pojawienia się drużyny Gedanii w strojach narodowych jest żywiołową manifestacją wśród Polaków stale zamieszkałych za granicą. Rok rocznie od szeregu lat Gedania utrzymuje się na czele tabeli ligowej tego okręgu. W b.r. w dniu jubileuszowym po całym szeregu już rozegranych zawodów piłkarskich o mistrzostwo okręgu Gedania zajmuje w tabeli 2-gie miejsce. Wspomnieć należy, że do Okręgu Gdańsko-Wschodnio-Pruskiego należy około 100 klubów niemieckich i w tych warunkach uplasować się na 2-im miejscu w ekstra klasie piłkarskiej - jest naprawdę faktem godnym uwagi.
Wydział Piłkarski Gedanii posiada drugi garnitur drużyny jako rezerwę “Ligi”, która bierze udział w rozgrywkach swojej klasy i prowadzi tabelę, wybijając się na czoło klubów niemieckich tej kategorii klubów piłkarskich. Poza wspomnianymi dwoma drużynami Wydział Piłkarski posiada jeszcze dalsze 4-y drużyny, które również biorą udział w rozgrywkach poszczególnych klas niższych.
Poza piłką nożną, pod względem propagandy sportu polskiego “w dobrym wydaniu”, spełnia rolę Wydział Bokserski Gedanii, który w przeciwieństwie do piłki nożnej, należy do Pomorskiego Okręgowego Związku Bokserskiego. Wśród klubów niemieckich w Gdańsku, jak również i w Prusach Wschodnich bokserzy Gedanii są b. dobrze znani, a wartość ich ma już ustaloną opinję wśród znawców sporu bokserskiego.
Przez szereg lat, Sekcja Bokserska Gedanii nie miała godnego przeciwnika na terenie w.m. Gdańska, a wystąpienie bokserów Gedanii na terenie Prus Wschodnich - było prawie zawsze połączone z pełnym sukcesem zarówno sportowym, jak i propagandowych. Niestety, nie z winy Gedanii, za ostatni rok kontakt z niemieckimi drużynami bokserskimi został zupełnie zerwany i kwestja wyższości bokserów polskich nad niemieckimi - pozostaje obecnie otwarta.
Zaznaczyć również wypada, że I-sza drużyna bokserska Gedanii przez szereg lat biorąc udział w walkach o drużynowe mistrzostwo Polski, w rozgrywkach Pomorskich kilkakrotnie zdobywała “Mistrzostwo Pomorza”, a kilku poszczególnych bokserów - jest mistrzami indywidualnymi Pomorza.
Podobne znaczenie propagandowe również odgrywa młoda b. dobrze prosperująca Sekcja Lek.-Atletyczna Gedanii, która organizacyjnie należy do Związku Niemieckiego. Szybki rozrost Sekcji oraz często masowe zwycięstwa lekkoatletów Gedanii na tut. terenie nad zawodnikami niemieckimi w różnych konkurencjach, były powodem, że Związek Niemiecki w b.r. wydał zarządzenie, że członkami związku mogą być tylko i wyłącznie obywatele W.M. Gdańsk, na skutek czego w b.r. w zawodach lekkoatletycznych o mistrzostwo Gdańska - cały szereg zawodników Gedanii obywateli polskich - udziału brać nie mógł. Nadmienić przy tym wypada, że biegacze mistrzowie - Polacy obywatele W. M. Gdańska w b.r. po raz pierwszy zostali wykluczeni przez Związek Niemiecki od reprezentowania Gdańska w dorocznych zawodach: “Gdańsk-Bydgoszcz-Królewiec” [c.d.n.]
Wydział Piłkarski Gedanii posiada drugi garnitur drużyny jako rezerwę “Ligi”, która bierze udział w rozgrywkach swojej klasy i prowadzi tabelę, wybijając się na czoło klubów niemieckich tej kategorii klubów piłkarskich. Poza wspomnianymi dwoma drużynami Wydział Piłkarski posiada jeszcze dalsze 4-y drużyny, które również biorą udział w rozgrywkach poszczególnych klas niższych.
![]() |
| Drużyna piłkarska "Gedanii" - lata dwudzieste? |
Poza piłką nożną, pod względem propagandy sportu polskiego “w dobrym wydaniu”, spełnia rolę Wydział Bokserski Gedanii, który w przeciwieństwie do piłki nożnej, należy do Pomorskiego Okręgowego Związku Bokserskiego. Wśród klubów niemieckich w Gdańsku, jak również i w Prusach Wschodnich bokserzy Gedanii są b. dobrze znani, a wartość ich ma już ustaloną opinję wśród znawców sporu bokserskiego.
Przez szereg lat, Sekcja Bokserska Gedanii nie miała godnego przeciwnika na terenie w.m. Gdańska, a wystąpienie bokserów Gedanii na terenie Prus Wschodnich - było prawie zawsze połączone z pełnym sukcesem zarówno sportowym, jak i propagandowych. Niestety, nie z winy Gedanii, za ostatni rok kontakt z niemieckimi drużynami bokserskimi został zupełnie zerwany i kwestja wyższości bokserów polskich nad niemieckimi - pozostaje obecnie otwarta.
Zaznaczyć również wypada, że I-sza drużyna bokserska Gedanii przez szereg lat biorąc udział w walkach o drużynowe mistrzostwo Polski, w rozgrywkach Pomorskich kilkakrotnie zdobywała “Mistrzostwo Pomorza”, a kilku poszczególnych bokserów - jest mistrzami indywidualnymi Pomorza.
Podobne znaczenie propagandowe również odgrywa młoda b. dobrze prosperująca Sekcja Lek.-Atletyczna Gedanii, która organizacyjnie należy do Związku Niemieckiego. Szybki rozrost Sekcji oraz często masowe zwycięstwa lekkoatletów Gedanii na tut. terenie nad zawodnikami niemieckimi w różnych konkurencjach, były powodem, że Związek Niemiecki w b.r. wydał zarządzenie, że członkami związku mogą być tylko i wyłącznie obywatele W.M. Gdańsk, na skutek czego w b.r. w zawodach lekkoatletycznych o mistrzostwo Gdańska - cały szereg zawodników Gedanii obywateli polskich - udziału brać nie mógł. Nadmienić przy tym wypada, że biegacze mistrzowie - Polacy obywatele W. M. Gdańska w b.r. po raz pierwszy zostali wykluczeni przez Związek Niemiecki od reprezentowania Gdańska w dorocznych zawodach: “Gdańsk-Bydgoszcz-Królewiec” [c.d.n.]
piątek, 26 grudnia 2014
Ślub Jana Biangi (1910-1982)
Wydarzenie to nie znajdzie dokładnego opisu w książce. Zbyt mało miejsca. A warto go przypomnieć, bowiem nie znalazłem go w znanych mi biogramach najlepszego przedwojennego boksera “Gedanii” i powojennego asystenta “Papy” Stamma, ani w artykułach o historii gdańskiego sportu. Od córki Jana i Elżbiety Bianga, Pani Barbary Janczukowicz otrzymałem nawet zdjęcia z tej uroczystości, ale bez prawa do ich publikacji. Może zamieszczę ją w książce?
W każdym razie, w relacji z uroczystości, jaka odbyła się 2 lipca 1936 r. warto zwrócić uwagę na harcerski wątek w życiorysie boksera. Bianga nie odpowiadał typowej sylwetce boksera - był wykształcony (ukończył Wyższą Szkołę Handlową w Gdańsku), pracował w Komisariacie Generalnym RP w Gdańsku, aktywnie działał w polskim harcerstwie i wielu polskich organizacjach.
Z osób wymienionych w notatce prasowej warto dostrzec osobę kapelana gdańskich harcerzy, ks. Alfonsa Muzalewskiego. Na ogół wymienia się kapłanów najbardziej zasłużonych: B. Komorowskiego. F. Rogaczewskiego, L. Miszewskiego - pozostali pozostają w cieniu. Ksiądz Muzalewski przybył do Gdańska osiem miesięcy przed opisywanym ślubem i był wikariuszem przy Kościele Chrystusa Króla oraz kataechetą w szkole przy ul. Wałowej. Przeszedłszy Stutthof, Oranienburg i Dachau, jako jeden z dziesięciu polskich kapłanów pracujących w Gdańsku przeżył wojnę. Po wojnie uzyskał nawet tytuł szambelana papieskiego.
Prezentowana notka to jeszcze jeden okruch historii gdańskiego sportu i “Gedanii” - prezent dla wszystkich miłośników klubu, boksu oraz osoby Jana Biangi.
W każdym razie, w relacji z uroczystości, jaka odbyła się 2 lipca 1936 r. warto zwrócić uwagę na harcerski wątek w życiorysie boksera. Bianga nie odpowiadał typowej sylwetce boksera - był wykształcony (ukończył Wyższą Szkołę Handlową w Gdańsku), pracował w Komisariacie Generalnym RP w Gdańsku, aktywnie działał w polskim harcerstwie i wielu polskich organizacjach.
Z osób wymienionych w notatce prasowej warto dostrzec osobę kapelana gdańskich harcerzy, ks. Alfonsa Muzalewskiego. Na ogół wymienia się kapłanów najbardziej zasłużonych: B. Komorowskiego. F. Rogaczewskiego, L. Miszewskiego - pozostali pozostają w cieniu. Ksiądz Muzalewski przybył do Gdańska osiem miesięcy przed opisywanym ślubem i był wikariuszem przy Kościele Chrystusa Króla oraz kataechetą w szkole przy ul. Wałowej. Przeszedłszy Stutthof, Oranienburg i Dachau, jako jeden z dziesięciu polskich kapłanów pracujących w Gdańsku przeżył wojnę. Po wojnie uzyskał nawet tytuł szambelana papieskiego.
Prezentowana notka to jeszcze jeden okruch historii gdańskiego sportu i “Gedanii” - prezent dla wszystkich miłośników klubu, boksu oraz osoby Jana Biangi.
sobota, 20 grudnia 2014
Pani Profesor - wspomnienie z korespondencją w tle
Panią Profesor Irenę Jabłońską-Kaszewską poznałem w lipcu 2012 r.. Przyjechała z Tczewa, aby zobaczyć wystawę “Citius-Altius-Fortius” i … ekspozycję obejrzeli Jej krewni, którzy pomogli jej w transporcie do Gdańska. Pani Profesor nie była fizycznie w stanie dostać się na pierwsze piętro Ratuszu Głównego Miasta Gdańska. Posiedzieliśmy i porozmawialiśmy w Sali Edukacyjnej na parterze. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że zajmę się tematem “Gedanii”, więc opowiadałem o wystawie, jej założeniach, perypetiach organizacyjnych. Panią Profesor interesował przede wszystkim okres Wolnego Miasta Gdańska i wątek polski. Otrzymałem wówczas pewien dokument, rodzaj ideowego testamentu, który raz na jakiś czas sobie podczytuję. Nie wiem, czy opublikuję? Może. Zyskałem także wtedy mnóstwo niepublikowanych nigdzie informacji o rodzinie Bellwon. Pani Profesor był wnuczką Michała Bellwona. Powiedziała, że spisuje swoje wspomnienia, zbiera informacje o rodzinie - ich fragment można przeczytać tutaj. Podobno zostaną w przyszłym roku opublikowane nakładem Instytutu Pamięci Narodowej. Przesłałem Jej później nieco zdjęć z wystawy i dalsza rozmowa toczyła się już za pośrednictwem poczty elektronicznej. Niestety. Kiedy napisałem, że pracuję nad książką o “Gedanii” napisała 28 czerwca 2013 r.:
“Jestem wzruszona Pana pamięcią o mnie. Wystawę (“Wokół Polaków Wolnego Miasta Gdańska” w Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku) obejrzę z pewnością, niestety w innym terminie, gdyż obecnie nie jestem w pełni zdrowa. Cieszę się zawsze, gdy powstaje jakaś trwała pamiątka po byłej Polonii Gdańskiej, gdyż nie długo nie będzie już nikogo na tym świecie , kto będzie mógł o niej opowiedzieć. Dlatego szczególnie wartościowe jest wydanie Pana książki o klubie GEDANIA”
Później, kiedy przypomniałem na łamach Dziennika Bałtyckiego historię gdańskiego gniazda Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół” nadszedł następny list:
“Szanowny Panie Doktorze
Dotarł do mnie Pana bardzo ciekawy artykuł o "Gnieździe Gdańskiego "Sokoła". Niestety nie dysponuję drugą częścią pana artykułu. Przed paroma tygodniami słuchałam w Radiu Maryja audycji o "Sokole". Mówili przedstawiciele Sokoła z Poznania , Krakowa i Warszawy. Ponieważ nikt nie wspomniał o Sokole na Pomorzu, wysłałam do Krakowa notatkę o mojej rodzinie która działała w "Sokole" , jeszcze w okresie zaboru pruskiego. Otrzymałam podziękowania i piękna książkę z V Zlotu Sokoła w 1910 roku w Krakowie. Czy Państwo macie tę książkę w swoich zbiorach? Jeżeli nie, to przekażę moją na Pana ręce do Gdańskiego Muzeum Sportu. Załączam notatkę, którą wysłałam do Krakowa.
Byłam 1 września przed Victoria Schule i na Mszy świetej przed Pocztą Polską. Idea poświęcenia tego budynku na Dom Pamięci o Gdańskich Polakach jest wspaniała.
Łączę wyrazy szacunku i pozdrowienia”
Wszystkie te listy przychodziły opatrzone słowem “Babcia”. Tak też je traktowałem, jak listy od babci, ze słowem zachęty, z dobrymi radami. Zapraszałem Panią Profesor nieustająco, ostatni raz na spotkanie z Dieterem Schenkiem - wtedy też (22.11.2013) otrzymałem ostatni list:
“Dziękuję za list i zaproszenie do Muzeum Poczty Polskiej. Odwiedzę Państwa przy okazji pobytu w Gdańsku i wówczas przekażę książkę z V Zlotu "Sokoła" w Krakowie na Pana ręce do Muzeum. Niestety, ze względu na wiek i stan zdrowia bywam teraz rzadko w Gdańsku. Cieszę się , że upamiętni Pan dzieje GEDANII i Sokoła
w swojej książce. To będzie trwały ślad o ludziach i ich dziele”.
Już się nie spotkamy, Pani Profesor książki nie przeczyta. Ale pozostanie w mojej pamięci i sercu, jako ta, która dopingowała i wspierała - u niej zawsze “Gedania” napisana była drukowanymi literami. Była najważniejsza. Żegnając Prof. Jabłońską-Kaszewską, zamieszczam wspomnianą wyżej Jej notatkę o gdańskim “Sokole, świadectwo nieustającej walki o pamięć o gdańskich Polakach.
Do Zarządu
Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół”
Notatka dotycząca PTG Sokół na Pomorzu
W związku z audycją w Radiu Maryja dotyczącą „Sokoła”, pragnę podać kilka danych, o których nie wspomniano w bardzo dobrej zresztą i pożytecznej audycji.
Działalność Sokoła miała na Pomorzu, wobec nacisków germanizacyjnych, za zadanie nie tylko utrzymania tężyzny fizycznej ale przede wszystkim utrzymaniu polskości i szerzeniu uczuć chrześcijańskich i patriotycznych.
W Lubawie mój wuj, pokoleniowo dziadek, Franciszek Jaroszewski , dyrektor banku konsumpcyjnego był w 1896 roku współzałożycielem „Sokoła”. Początkowo pełnił funkcję sekretarza, a następnie po ustąpieniu ze stanowiska dr Rzepnikowskiegi i dr Lamparskiego, wybrano go w 1904 roku na naczelnika „gniazda”, a w 1909 roku na prezesa. Kierował „Sokołem” do początku wojny światowej, kiedy to działalność tej organizacji została zawieszona. Franciszek Jaroszewski, znany działacz społeczny na terenie Lubawy i Nowego Miasta urządzał co roku na cele społeczne przedstawienia teatralne w celu ożywienia ducha narodowego. Wielkie znaczenie miała zorganizowana przez „Sokoła” w dniu 15.VII 1910 r. tajna uroczystość na polu bitwy pod Grunwaldem, w jej 500-ą rocznicę, a później jawna już uroczystość 100-lecia śmierci Tadeusza Kościuszki, organizowana w Lubawie wspólnie z Zofią Chrzanowską. W czasie uroczystości na polach Grunwaldzkich zebrani złożyli ślubowanie wierności Ojczyźnie, a jego tekst napisany krwią kilku uczestników, delegaci zawieźli do Krakowa na ręce Ignacego Paderewskiego.
Franciszek Jaroszewski nie doczekał się niepodległości Ojczyzny, dla której całe życie pracował. Zmarł 9.10.1918 roku, w 44 roku życia w czasie szalejącej wówczas epidemii grypy „hiszpanki”.
Zaborca pruski niechętnie patrzył na działalność członków „Sokoła” i tam gdzie mógł karał ich za to. Trzej mężowie sióstr mojej babci, Jaworski, Rzymski i Beszczyński, urzędnicy zostali zwolnieni z pracy i wysiedleni wraz z rodzinami na tak zwane „brandenburskie piaski”. Osiedlili się w Nadrenii. Natomiast bracia babci, którzy uprawiali wolne zawody, rolnik, kupiec i dyrektor banku, nie podlegali jurysdykcji zaborcy i mogli swobodnie działać w PTS „Sokół”.
Mój dziadek, Michał Bellwon, urzędnik pocztowy w Lubawie, został za przynależność do „Sokoła” karnie przeniesiony do Gdańska celem zniemczenia. Nie udało się to jednak Niemcom, dziadek w Gdańsku nadal działał w polskich organizacjach i był współzałożycielem Poczty Polskiej w Gdańsku.
Nie słyszałam, żeby poza pruskim zaborem, Polaków spotykały represje za przynależność do „Sokoła”.
OTG „Sokół” w Gdańsku stało się niejako źródłem powstania polskiego klubu sportowego GEDANIA, który odegrał ważną rolę w integracji młodzieży polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Stał się zarazem nośnikiem wartości moralnych i patriotycznych „Sokoła”. Kuzyn mojej babci Władysław Kubicki, członek „Sokoła” w Gdańsku, zmarł w 1938 roku i został pochowany w mundurze „Sokoła”.
Pozdrawiam entuzjastów w Zarządzie odrodzonego „Sokoła” i łączę wyrazy szacunku.
Prof. Irena Jabłońska Kaszewska
Tczew, 22. września 2013 r
“Jestem wzruszona Pana pamięcią o mnie. Wystawę (“Wokół Polaków Wolnego Miasta Gdańska” w Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku) obejrzę z pewnością, niestety w innym terminie, gdyż obecnie nie jestem w pełni zdrowa. Cieszę się zawsze, gdy powstaje jakaś trwała pamiątka po byłej Polonii Gdańskiej, gdyż nie długo nie będzie już nikogo na tym świecie , kto będzie mógł o niej opowiedzieć. Dlatego szczególnie wartościowe jest wydanie Pana książki o klubie GEDANIA”
Później, kiedy przypomniałem na łamach Dziennika Bałtyckiego historię gdańskiego gniazda Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół” nadszedł następny list:
“Szanowny Panie Doktorze
Dotarł do mnie Pana bardzo ciekawy artykuł o "Gnieździe Gdańskiego "Sokoła". Niestety nie dysponuję drugą częścią pana artykułu. Przed paroma tygodniami słuchałam w Radiu Maryja audycji o "Sokole". Mówili przedstawiciele Sokoła z Poznania , Krakowa i Warszawy. Ponieważ nikt nie wspomniał o Sokole na Pomorzu, wysłałam do Krakowa notatkę o mojej rodzinie która działała w "Sokole" , jeszcze w okresie zaboru pruskiego. Otrzymałam podziękowania i piękna książkę z V Zlotu Sokoła w 1910 roku w Krakowie. Czy Państwo macie tę książkę w swoich zbiorach? Jeżeli nie, to przekażę moją na Pana ręce do Gdańskiego Muzeum Sportu. Załączam notatkę, którą wysłałam do Krakowa.
Byłam 1 września przed Victoria Schule i na Mszy świetej przed Pocztą Polską. Idea poświęcenia tego budynku na Dom Pamięci o Gdańskich Polakach jest wspaniała.
Łączę wyrazy szacunku i pozdrowienia”
Wszystkie te listy przychodziły opatrzone słowem “Babcia”. Tak też je traktowałem, jak listy od babci, ze słowem zachęty, z dobrymi radami. Zapraszałem Panią Profesor nieustająco, ostatni raz na spotkanie z Dieterem Schenkiem - wtedy też (22.11.2013) otrzymałem ostatni list:
“Dziękuję za list i zaproszenie do Muzeum Poczty Polskiej. Odwiedzę Państwa przy okazji pobytu w Gdańsku i wówczas przekażę książkę z V Zlotu "Sokoła" w Krakowie na Pana ręce do Muzeum. Niestety, ze względu na wiek i stan zdrowia bywam teraz rzadko w Gdańsku. Cieszę się , że upamiętni Pan dzieje GEDANII i Sokoła
w swojej książce. To będzie trwały ślad o ludziach i ich dziele”.
Już się nie spotkamy, Pani Profesor książki nie przeczyta. Ale pozostanie w mojej pamięci i sercu, jako ta, która dopingowała i wspierała - u niej zawsze “Gedania” napisana była drukowanymi literami. Była najważniejsza. Żegnając Prof. Jabłońską-Kaszewską, zamieszczam wspomnianą wyżej Jej notatkę o gdańskim “Sokole, świadectwo nieustającej walki o pamięć o gdańskich Polakach.
Do Zarządu
Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół”
Notatka dotycząca PTG Sokół na Pomorzu
W związku z audycją w Radiu Maryja dotyczącą „Sokoła”, pragnę podać kilka danych, o których nie wspomniano w bardzo dobrej zresztą i pożytecznej audycji.
Działalność Sokoła miała na Pomorzu, wobec nacisków germanizacyjnych, za zadanie nie tylko utrzymania tężyzny fizycznej ale przede wszystkim utrzymaniu polskości i szerzeniu uczuć chrześcijańskich i patriotycznych.
W Lubawie mój wuj, pokoleniowo dziadek, Franciszek Jaroszewski , dyrektor banku konsumpcyjnego był w 1896 roku współzałożycielem „Sokoła”. Początkowo pełnił funkcję sekretarza, a następnie po ustąpieniu ze stanowiska dr Rzepnikowskiegi i dr Lamparskiego, wybrano go w 1904 roku na naczelnika „gniazda”, a w 1909 roku na prezesa. Kierował „Sokołem” do początku wojny światowej, kiedy to działalność tej organizacji została zawieszona. Franciszek Jaroszewski, znany działacz społeczny na terenie Lubawy i Nowego Miasta urządzał co roku na cele społeczne przedstawienia teatralne w celu ożywienia ducha narodowego. Wielkie znaczenie miała zorganizowana przez „Sokoła” w dniu 15.VII 1910 r. tajna uroczystość na polu bitwy pod Grunwaldem, w jej 500-ą rocznicę, a później jawna już uroczystość 100-lecia śmierci Tadeusza Kościuszki, organizowana w Lubawie wspólnie z Zofią Chrzanowską. W czasie uroczystości na polach Grunwaldzkich zebrani złożyli ślubowanie wierności Ojczyźnie, a jego tekst napisany krwią kilku uczestników, delegaci zawieźli do Krakowa na ręce Ignacego Paderewskiego.
Franciszek Jaroszewski nie doczekał się niepodległości Ojczyzny, dla której całe życie pracował. Zmarł 9.10.1918 roku, w 44 roku życia w czasie szalejącej wówczas epidemii grypy „hiszpanki”.
Zaborca pruski niechętnie patrzył na działalność członków „Sokoła” i tam gdzie mógł karał ich za to. Trzej mężowie sióstr mojej babci, Jaworski, Rzymski i Beszczyński, urzędnicy zostali zwolnieni z pracy i wysiedleni wraz z rodzinami na tak zwane „brandenburskie piaski”. Osiedlili się w Nadrenii. Natomiast bracia babci, którzy uprawiali wolne zawody, rolnik, kupiec i dyrektor banku, nie podlegali jurysdykcji zaborcy i mogli swobodnie działać w PTS „Sokół”.
Mój dziadek, Michał Bellwon, urzędnik pocztowy w Lubawie, został za przynależność do „Sokoła” karnie przeniesiony do Gdańska celem zniemczenia. Nie udało się to jednak Niemcom, dziadek w Gdańsku nadal działał w polskich organizacjach i był współzałożycielem Poczty Polskiej w Gdańsku.
Nie słyszałam, żeby poza pruskim zaborem, Polaków spotykały represje za przynależność do „Sokoła”.
OTG „Sokół” w Gdańsku stało się niejako źródłem powstania polskiego klubu sportowego GEDANIA, który odegrał ważną rolę w integracji młodzieży polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Stał się zarazem nośnikiem wartości moralnych i patriotycznych „Sokoła”. Kuzyn mojej babci Władysław Kubicki, członek „Sokoła” w Gdańsku, zmarł w 1938 roku i został pochowany w mundurze „Sokoła”.
Pozdrawiam entuzjastów w Zarządzie odrodzonego „Sokoła” i łączę wyrazy szacunku.
Prof. Irena Jabłońska Kaszewska
Tczew, 22. września 2013 r
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Szalony weekend (1)
To był zupełnie szalony pomysł. I co najważniejsze wypalił, co postanowiłem opisać dopiero po upływie kilku tygodni, kiedy nabrałem do niego dystansu. Ów szalony weekend przerwał dość monotonną kwerendę przeprowadzaną w gdańskim Archiwum Państwowym. Nawiasem mówiąc, okazało się, że akta Senatu Wolnego Miasta Gdańska, czy Komisariatu Generalnego RP, choć przeglądane przez wielu badaczy, ciągle przynoszą interesujące dane. Po prostu nie korzystano z nich pod katem funkcjonowania „Gedanii”, a zwłaszcza Gedanistów, bo ci interesują mnie przede wszystkim. Ale do rzeczy.
Zamarzyłem sobie mianowicie, żeby książka ilustrowana była nie tylko zdjęciami archiwalnymi, ale także współczesnymi, pokazującymi ludzi, ale przede wszystkim miejsca związane z gdańskim klubem. Oczywiście, jak prawie każdy z nas robię zdjęcia, ale przecież fotografowanie jest sztuką. Skoro tak, to potrzeba do tego artysty. Znalazłem takiego, gdzieżby indziej, w oceanie internetu. Kolega P. Fotografuje piłkę nożną, ale przede wszystkim ludzi nim zafascynowanych,zapełniających stadiony i puby. Znalazłem też jego znakomite ujęcia stadionów i ich okolic. Zachwyciłem się i … napisałem. Nie liczyłem na wiele - ot, odruch serca, chwilowe szaleństwo. Opisałem idee książki, swój pomysł i ... P. odezwał się! A do tego pozytywnie, że chętnie przyjedzie i zrobi, co będzie mógł. Uderzyło mnie coś, co dziś jest już niesłychanie rzadkie, a co towarzyszy mi od początku pracy nad książką. Bezinteresownosć. Przyjadę, pomogę, zrobię, bez pytania o warunki, wynagrodzenie. Przecież nie znaliśmy się. Oczywiście nie wyobrażałem sobie, ze P. przyjedzie i wykona prace za darmo, ale prawdę mówiąc byłem dopiero przed pierwszą próbą konstruowania budżetu. Dzięki pomocy mojej macierzystej instytucji pieniądze się znalazły, choć w zasadzie tylko na pokrycie kosztów. P. mieszka poza granicami Polski.
Jechał kilkanaście godzin, prawie 1300 km, a jego przybycie rozpoczyna właściwą opowieść o weekendzie pełnym rozmów o piłce, kibicach, historii i teraźniejszości o zjawisku ciągle w Polsce raczkującym, a zwanym z angielska „football culture”. Okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. P. musiał oczywiście, choć także bardzo chciał, wysłuchać mojego monologu o „Gedanii”. Wcześniej otrzymał solidną porcję linków, ale chciałem bardzo, żeby poznał nie tylko fakty,ale także emocje ludzi opowiadających mu o gdańskich Polakach. Jednego, a właściwie jedną z nich miał okazją poznać - to oczywiście nieoceniona Budzimira Wojtalewicz.
U Budzimiry byliśmy w sobotnie popołudnie. Pięknie ubrana,przygotowana i starannie ukrywająca zdziwienie tak niecodzienną wizytą. Pomysł był szalony - miałem czytać fragmenty książki, a P. miał to dokumentować, “łapać” emocje, nastrój chwili. Ale był kimś obcym, kogo gospodyni nie znała. Skrępowanie byłoby czymś naturalnym, z naszej strony była obawa, ze to po prostu nie wyjdzie. Tymczasem nawet nie otworzyłem komputera. Budzimira mówiła, wspominając śmiała się, momentami odchodziła w głąb siebie, a emocje przelatywały przez jej piękna twarz. W końcu przestała zwracać uwagę na P. robiącego zdjęcie za zdjęciem. Był zachwycony, a my razem z nim. Budzimira nie musiała się zgadzać na spotkanie, ale po prostu chciała pomóc. Wspiera mnie każdego tygodnia. Nie tylko ona. Od samego początku otrzymuję pomoc od rodzin Gedanistów, pasjonatów sportu, moich przyjaciół. To może dziwne i zabrzmi kiczowato, ale „Gedania” otwiera serca. Staram się ich wszystkich zapisywać, aby potem moc zrewanżować się tak,jak może autor, swoim dziełem. Przy okazji lękam się, że książka okaże się „niewypałem”, że nie starczy umiejętności... Takie tam demony autorskie. Chcę tylko powiedzieć, że to najbardziej emocjonalna praca naukowa, jaką do tej pory wykonywałem. A przecież nauka winna być wolna od emocji. Gdzie moje „szkiełko i oko”?
W tą szaloną, listopadową sobotę pierwsza była Pani Krystyna. Społeczniczka z Biskupiej Góry. Mimo nawału pracy znalazła czas,aby oprowadzić nas po tym pięknym, oryginalnym jeszcze w dużej mierze zakątku Gdańska. Czuliśmy się trochę, jak w latach trzydziestych, kiedy bojówki hitlerowskie atakowały Polaków i polskie domy. Kilka dni wcześniej ktoś wybił szyby w siedzibie Stowarzyszenia WAGA, które organizowało ostatnio urodziny Brunona Zwarry. Gedanisty. Mimo lekkiego przygnębienia ruszyliśmy do góry, aby obejrzeć zachowany jeszcze kompleks sportowy, opisywany barwnie przez wspomnianego Brunona.
Wiele się tam nie zmieniło. Kiedy minęliśmy dawny cmentarz św. Józefa, będący dzisiaj małym, zaniedbanym parkiem,wyszliśmy na boisko klubu SC „Preussen”. Powściągliwie dotąd zachowujący się P. zmienił się nie do poznania. Rzucił krótko „to moje klimaty” i tyle go widzieliśmy. Otoczone wałem boisko,gdzie „Gedania” toczyła zażarte boje podziałała. Pordzewiałe bramki, dziurawe boisko, poszukiwane resztki klubowych zabudowań - czy może być coś piękniejszego? P. Biegał z aparatem, a ja patrząc za nim (bo okolica niespokojna) widziałem piłkarzy „Preussen” wprowadzających na mecz po jednym z kłębiących się przed wejściem dzieciaków, bo taki był dobry zwyczaj. Patrzyłem na otoczenie boiska, gdzie mali szczęśliwcy mogli oglądać mecz nie bojąc się, że wokół boiska zostanie rozciągnięta płachta uniemożliwiająca dzieciakom mającym równie mało szczęścia, jak pieniędzy, którzy próbowali obejrzeć mecz z położonego nieopodal wyższego wału. To potęga Brunonowej narracji. Podobne emocje wzbudziło położone niedaleko drugie boisko drużyny „Ostamrk-Hansa”. Tam ciągle uprawia się sport. Szczęście, ze coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę od jak dawna [c.d.n]
Zamarzyłem sobie mianowicie, żeby książka ilustrowana była nie tylko zdjęciami archiwalnymi, ale także współczesnymi, pokazującymi ludzi, ale przede wszystkim miejsca związane z gdańskim klubem. Oczywiście, jak prawie każdy z nas robię zdjęcia, ale przecież fotografowanie jest sztuką. Skoro tak, to potrzeba do tego artysty. Znalazłem takiego, gdzieżby indziej, w oceanie internetu. Kolega P. Fotografuje piłkę nożną, ale przede wszystkim ludzi nim zafascynowanych,zapełniających stadiony i puby. Znalazłem też jego znakomite ujęcia stadionów i ich okolic. Zachwyciłem się i … napisałem. Nie liczyłem na wiele - ot, odruch serca, chwilowe szaleństwo. Opisałem idee książki, swój pomysł i ... P. odezwał się! A do tego pozytywnie, że chętnie przyjedzie i zrobi, co będzie mógł. Uderzyło mnie coś, co dziś jest już niesłychanie rzadkie, a co towarzyszy mi od początku pracy nad książką. Bezinteresownosć. Przyjadę, pomogę, zrobię, bez pytania o warunki, wynagrodzenie. Przecież nie znaliśmy się. Oczywiście nie wyobrażałem sobie, ze P. przyjedzie i wykona prace za darmo, ale prawdę mówiąc byłem dopiero przed pierwszą próbą konstruowania budżetu. Dzięki pomocy mojej macierzystej instytucji pieniądze się znalazły, choć w zasadzie tylko na pokrycie kosztów. P. mieszka poza granicami Polski.
Jechał kilkanaście godzin, prawie 1300 km, a jego przybycie rozpoczyna właściwą opowieść o weekendzie pełnym rozmów o piłce, kibicach, historii i teraźniejszości o zjawisku ciągle w Polsce raczkującym, a zwanym z angielska „football culture”. Okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. P. musiał oczywiście, choć także bardzo chciał, wysłuchać mojego monologu o „Gedanii”. Wcześniej otrzymał solidną porcję linków, ale chciałem bardzo, żeby poznał nie tylko fakty,ale także emocje ludzi opowiadających mu o gdańskich Polakach. Jednego, a właściwie jedną z nich miał okazją poznać - to oczywiście nieoceniona Budzimira Wojtalewicz.
U Budzimiry byliśmy w sobotnie popołudnie. Pięknie ubrana,przygotowana i starannie ukrywająca zdziwienie tak niecodzienną wizytą. Pomysł był szalony - miałem czytać fragmenty książki, a P. miał to dokumentować, “łapać” emocje, nastrój chwili. Ale był kimś obcym, kogo gospodyni nie znała. Skrępowanie byłoby czymś naturalnym, z naszej strony była obawa, ze to po prostu nie wyjdzie. Tymczasem nawet nie otworzyłem komputera. Budzimira mówiła, wspominając śmiała się, momentami odchodziła w głąb siebie, a emocje przelatywały przez jej piękna twarz. W końcu przestała zwracać uwagę na P. robiącego zdjęcie za zdjęciem. Był zachwycony, a my razem z nim. Budzimira nie musiała się zgadzać na spotkanie, ale po prostu chciała pomóc. Wspiera mnie każdego tygodnia. Nie tylko ona. Od samego początku otrzymuję pomoc od rodzin Gedanistów, pasjonatów sportu, moich przyjaciół. To może dziwne i zabrzmi kiczowato, ale „Gedania” otwiera serca. Staram się ich wszystkich zapisywać, aby potem moc zrewanżować się tak,jak może autor, swoim dziełem. Przy okazji lękam się, że książka okaże się „niewypałem”, że nie starczy umiejętności... Takie tam demony autorskie. Chcę tylko powiedzieć, że to najbardziej emocjonalna praca naukowa, jaką do tej pory wykonywałem. A przecież nauka winna być wolna od emocji. Gdzie moje „szkiełko i oko”?
W tą szaloną, listopadową sobotę pierwsza była Pani Krystyna. Społeczniczka z Biskupiej Góry. Mimo nawału pracy znalazła czas,aby oprowadzić nas po tym pięknym, oryginalnym jeszcze w dużej mierze zakątku Gdańska. Czuliśmy się trochę, jak w latach trzydziestych, kiedy bojówki hitlerowskie atakowały Polaków i polskie domy. Kilka dni wcześniej ktoś wybił szyby w siedzibie Stowarzyszenia WAGA, które organizowało ostatnio urodziny Brunona Zwarry. Gedanisty. Mimo lekkiego przygnębienia ruszyliśmy do góry, aby obejrzeć zachowany jeszcze kompleks sportowy, opisywany barwnie przez wspomnianego Brunona.
![]() |
| Dwa boiska leżące obok siebie na Biskupiej Górze - zupełnie jak dawniej |
Wiele się tam nie zmieniło. Kiedy minęliśmy dawny cmentarz św. Józefa, będący dzisiaj małym, zaniedbanym parkiem,wyszliśmy na boisko klubu SC „Preussen”. Powściągliwie dotąd zachowujący się P. zmienił się nie do poznania. Rzucił krótko „to moje klimaty” i tyle go widzieliśmy. Otoczone wałem boisko,gdzie „Gedania” toczyła zażarte boje podziałała. Pordzewiałe bramki, dziurawe boisko, poszukiwane resztki klubowych zabudowań - czy może być coś piękniejszego? P. Biegał z aparatem, a ja patrząc za nim (bo okolica niespokojna) widziałem piłkarzy „Preussen” wprowadzających na mecz po jednym z kłębiących się przed wejściem dzieciaków, bo taki był dobry zwyczaj. Patrzyłem na otoczenie boiska, gdzie mali szczęśliwcy mogli oglądać mecz nie bojąc się, że wokół boiska zostanie rozciągnięta płachta uniemożliwiająca dzieciakom mającym równie mało szczęścia, jak pieniędzy, którzy próbowali obejrzeć mecz z położonego nieopodal wyższego wału. To potęga Brunonowej narracji. Podobne emocje wzbudziło położone niedaleko drugie boisko drużyny „Ostamrk-Hansa”. Tam ciągle uprawia się sport. Szczęście, ze coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę od jak dawna [c.d.n]
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















